„pan Bóg podłączył odwrotnie / rurę odkurzacza, / i przez otwarty horyzont wpadają tu dziwne sprawy, / coraz większe”, czyli zadawanie pytań milczącej pustce w dawno zradiofonizowanym świecie

Dariusz Sośnicki (rocznik 1969), znany ostatnio przede wszystkim z tłumaczenia genialnego poematu W. H. Audena „W podziękowaniu za siedlisko”, opublikował niedawno intrygujący tom swoich nowych wierszy – „Spóźniony owoc radiofonizacji”.

Dla Dariusza Sośnickiego poezja jest czymś, co przypomina miniaturowy labirynt, do którego jakiś Demiurg równocześnie wprowadza poetę i czytelnika, zaś lektura wierszy jest dla niego pogonią za spersonifikowanymi intencjami artysty, który wciąż sprowadza odbiorcę na manowce lub „w puste semantyczne pola”[1], igrając z nim w ten sposób i przede wszystkim pokazując, kto w istocie jest władcą alternatywnej rzeczywistości. Tym samym konstrukcja zebranych w tym tomie tekstów jest tak wielowarstwowa, jakby poeta zawczasu przygotowywał się na spotkanie z czytelnikami o różnym stopniu dociekliwości i wrażliwości, gdyż każdy z nich odnajdzie w nich zupełnie coś innego. Dlatego głównym atutem tej książki jest to, że jej autor wprost wskazuje nam nieskończoną ilość dostępnych możliwych dróg poruszania się po wykreowanym tutaj świecie, lecz w żaden sposób przebiegle nie uzurpuje sobie prawa do sugerowania, co każda z nich ze sobą implikuje, ani nie składa tutaj wiążących deklaracji, że kluczem do wszystkiego w jego tomie jest podążanie za kolejnymi „zagadkami”, pozbawianie podmiotu statusu autorytetu i nieustanne pobudzanie w sobie ciekawości, jak wyjaśnia: „brak deklaracji / chroni przed otwartą wojną, ale strach jest realny”[2].

Pierwszą kwestią, jaka rzuca się tutaj w oczy, jest brak zaufania wobec idei ciągłej zmienności świata. Zdaniem Dariusza Sośnickiego nasza rzeczywistość pozostaje w zawieszeniu, nie może ostatecznie ustalić swojego statusu ontologicznego i wciąż, chcąc się o niej wypowiadać, choć trochę obiektywnie, należy lawirować pomiędzy naszą przeszłością i nieokiełznaną teraźniejszością. Obok tego funkcjonuje tutaj zwyczaj sytuowania osób mówiących w tkance miejskiej, gdzie na oczach czytelnika dokonuje się rozszczepienia człowieczeństwa na cielesność i duchowość, co pozwala poecie wyeksponować w tych wierszach problem ulotności wrażeń, które nie są w stanie istnieć zbyt długo przez liczne nieporozumienia pomiędzy dwiema sferami percepcji. Stąd poezja Dariusza Sośnickiego powstaje z potrzeby utrwalania, tj. sam akt twórczy inicjowany jest przez chęć zachowania w pamięci tego, co w przeciwnym wypadku zostałoby wyrugowane przez ogół. Najczęściej przyjmuje to formę obrony pozostałości po chwili „intymności’, która plasuje się w ścisłej opozycji wobec czasu historycznego. W ramach pierwszego wariantu najciekawsze jest tutaj ewokowanie perspektywy prywatnej, która dla samego poety niczym nie różni się od tego, co ogólnodostępne i właściwe realności. W tej materii główną ideą jest to, że większość ludzi percypuje świat w takich samych kategoriach, dlatego bohaterowie wierszy ze „Spóźnionego owocu radiofonizacji” robią wszystko, aby w tajemnicy przed otoczeniem jak najsubtelniej wyekstrahować sedno swego istnienia. Wszystko to sprowadza się zaś do nadrzędnego pytania, które czyni poezję Sośnickiego czymś co najmniej wyjątkowym: Jakie są relacje „Ja” poetyckiego z czasoprzestrzennością, w której tkwi czytelnik?

Głównym wrażeniem, jakie pojawia się w trakcie lektury tych wierszy, jest niepewność, która wydaje się być konsekwencją nieprzystawalności poszczególnych elementów do siebie, co jeszcze bardziej wzmaga u odbiorcy imperatyw doszukiwania się wśród nich jakichś analogii i otwiera go na niezwykle szerokie spektrum dopuszczalnych znaczeń. W momentach, w których jest to najintensywniejsze, Dariusz Sośnicki zastanawia się nad umiejscowieniem linii demarkacyjnej pomiędzy przyrodą oraz zindustrializowaną i zdehumanizowaną przestrzenią, w której jednostka zmuszona jest egzystować. Takie podejście eksponuje jego świadomość konieczności odnalezienia punktu równowagi pomiędzy wpisywaniem się w poetycką tradycję, a tworzeniem swojego suwerennego świata o unikalnym wachlarzu obiegowych pojęć. Mówiąc o swej rzeczywistości na opak poeta posługuje się tutaj bardzo ciekawym i rzadko spotykanym konceptem – przedmiot refleksji poetyckiej jest tutaj zawsze określany tym, co dla danego wiersza w istocie nie ma żadnego znaczenia. Sośnicki wprowadza bowiem tutaj taką charakterystykę, w której nie sposób dopatrzeć jakiejś relacyjności względem tego, co pierwszoplanowe. Ten sposób pozwala mu zaprezentować, że celem poezji w jego przekonaniu jest takie mówienie o świecie, by wszechobecne w literaturze wyimaginowane obrazy niepostrzeżenie stawały się immanentną częścią realności. I dlatego każdy z tych wierszy mówi przede wszystkim o człowieku, który staje się instancją pośredniczącą pomiędzy własną wyobraźnią a tkanką wiersza, zyskującej na swej wielowymiarowości, rzecz jasna nigdy niewysłowionej. Gdy się dostrzeże te prawidłowości wyraźnie widać, jak bardzo intensywnie poeta wyraża tutaj swe pragnienie o upodobnieniu poezji do widowiska i skłaniającego do refleksji spektaklu, które jak nic innego potrafią zawładnąć umysłami odbiorców i zasiać w nich wątpliwości odnośnie tego, czy w ewokowanej przez intuicję fikcji kryje się zalążek prawdy.

W przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników Dariusz Sośnicki nie ufa zbytnio regule mówiącej, że prawdziwy wiersz musi prędzej czy później odnosić się do fundamentalnych pytań o naturę wszechświata. On zdaje się bowiem pytać: Dlaczego na taki właśnie sposób skonstruowaliśmy sobie świat, nadając mu taką formę i czyniąc go poniekąd niezdatnym do życia? W jego rozumieniu świat może istnieć tylko wtedy, gdy u wybranej jednostki wyzwoli się chęć artykułowania poglądów zupełnie opozycyjnych do tych, jakie są wyznawane przez ogół. Tym samym Sośnicki zdaje się tutaj otwarcie wątpić, by rządzące poetycką przestrzenią prawa, obserwowane przez wykreowane przez niego podmioty, obowiązywały również poza światami eksplorowanymi przez literaturę. Podobna idea kryje się w dokonywanej tutaj analizie pracy mechanizmów wykorzystywanych przez rzeczywistość, które przecież po przejściu poety do innego fragmentu, poniekąd wyłącznie wyobrażonego uniwersum, równie dobrze mogą znieruchomieć, a w konsekwencji uczynić powstały przed chwilą utwór czymś zupełnie bez zastosowania, jak czytamy w wierszu „Mrówka”: „Skrzydła mrówek na wietrze. / I słychać tętent koni, i zaraz mrówcza husaria. / Hola, czy ktoś się tutaj nie zagalopował?”[3]. Stąd wszystko to, co wyzwalają tutaj „Światło i Ciemność”, wyciągając na światło dzienne poetyckiej refleksji „słonia morskiego” i „latającą wiewiórkę”  lub spychając je w bezdenną nicość nocy, jest korelatem uczuć podmiotu względem świata, których człowiek nie jest w stanie ująć w słowa. To zaś implikuje za sobą mówienie o czasie, jako czymś co właśnie zapomniało o unowocześnieniu opisujących siebie pojęć i tym samym skazało się na dewaluację, zatracenie w świecie i w rezultacie oddanie realności we władanie pokrętnej logice absurdu: „Zimna woda przeciąga się w rurach. / W ustach świata rośnie czarna dziura”[4]. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że wszystko to sprowadza się do problemu myślenia, który zresztą pośrednio stał się swego rodzaju pierwszoplanowym refrenem tych wierszy. Głównym wymiarem tego jest utożsamienie go z poznawaniem, będącym w tym tomie stanowczo prezentowanym jako bardzo odległym od istnienia, tj. postrzegania świata tylko na podstawie indywidualnych danych zmysłowych i stopniowego wyalienowywania się. Z poziomu takich refleksji Dariusz Sośnicki idzie jeszcze dalej zadając każdemu przedmiotowi, który jawi się osobie mówiącej wierszu, takie oto podchwytliwe pytania: Czego oczekuje od nas Absolut? Jakie są konsekwencje pozostawania z nim w dłuższym konflikcie lub zażyłym porozumieniu?

Na koniec warto odnotować, że „Spóźniony owoc radiofonizacji” to tom niezwykle kunsztownie skonstruowany. W umyśle czytelnika konkurują ze sobą bowiem dwa przekonania – z jednej strony o pragnieniu poety o indywidualnym samostanowieniu się każdego wiersza, zaś z drugiej o intuicyjnej konieczności istnienia pomiędzy nimi jakichś paraleli. To ostatnie ujęcie, choć niezwykle uzasadnione, jest tutaj bardzo trudno jednoznacznie wskazać, między innymi dlatego, że tak dużo mówi się tutaj o stłamszeniu człowieczeństwa przez ergonomię, co wywołuje w tych wierszach istny kolaż wizji, które umiejscawiają człowieka niezmiennie w samym centrum, choć oczywiście jego postać cyklicznie zmienia kierunek spojrzenia. W świetle tego świat zaczyna upadać, a rządzić nim zaczynają tylko nazwy, wykreowane gdzieś w nieokreślonej przeszłości i pozostające bez związku z chwilą obecną. Dlatego podmioty wierszy Dariusza Sośnickiego doznają tutaj metaforycznego pomieszania zmysłów, gdy uświadamiają sobie, że wobec tytułowej radiofonizacji zaczynają tracić narzędzia dotychczas wykorzystywane przez nich do porządkowania wrażeń, a na ich miejsce pojawia się coś nieczułego i niewrażliwego na cierpienie. W ten oto sposób poeta, który sam o sobie mówi, że „przywykł” i „wolno (…) [mu] pisać wiersze”[5], zadaje „nieme pytania” światu i zderza ze sobą tkwiącą w świecie naturalność (sprzężoną z powtarzalnością) z wypracowanymi przez siebie nowatorskimi sposobami „rozmawiania” z wykreowaną, a więc całkowicie sztuczną, przestrzenią. Co zaś najbardziej frapujące nie pragnie przy tym „życia w pełnym świetle”[6] – wciąż chce mieć tak samo szeroką perspektywę i wyczulony na prawdę wewnętrzny słuch.

Autor: Przemysław K.

Dariusz Sośnicki „Spóźniony owoc radiofonizacji”, Biuro Literackie, Wrocław 2014, s. 60

——————————–

[1] s. 5

[2] s. 42

[3] s. 32

[4] s. 38

[5] s. 51

[6] s. 53

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 42.

Reklamy
„pan Bóg podłączył odwrotnie / rurę odkurzacza, / i przez otwarty horyzont wpadają tu dziwne sprawy, / coraz większe”, czyli zadawanie pytań milczącej pustce w dawno zradiofonizowanym świecie