„Chciałbym nauczyć się mówić, ponieważ rozmowa z innym człowiekiem jest jednym z największych darów, jakie możemy otrzymać na tej ziemi”, czyli milczący geniusz poetycki, dla którego książki są „modelami świata”

O Ryszardzie Krynickim (rocznik 1943), jednym z najwybitniejszych współczesnych poetów, najczęściej mówi się jako o „poecie milczenia”, ponieważ jego twórczość w zupełności zdominowały wiersze ascetyczne, przeważnie zawierające tylko kilka słów, choć odnaleźć można i takie, które składają się z samego tytułu. Nie jest to jednak tylko chwyt stylistyczny, lecz coś na wzór postawy życiowej, gdyż uczestnictwo w spotkaniach z tym pisarzem i lektura przeprowadzonych z nim wywiadów udowadniają, że jest to człowiek szanujący słowa, świadomy ich wartości i wykorzystujący ich tylko, w takiej ilości, w jakiej jest to konieczne. Tym bardziej na uwagę zasługuje książka „Gdybym wiedział” – zbiór rozmów z Ryszardem Krynickim przeprowadzonych na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat.

Głównym tematem zebranych tutaj wywiadów jest oczywiście poezja i ewentualny program poetycki autora „Magnetycznego punktu”. Mówiąc o tym poeta najczęściej musi dokonywać tutaj sprostowania, jakoby był częścią grupy poetyckiej Nowa Fala, która w istocie nie istniała. Wyraźnie widać tutaj, że o Nowej Fali można mówić wyłącznie jako o jako swego rodzaju pośredniej wspólnocie, a nie rzeczywistej i usankcjonowanej grupie realizującej założenia jakiegoś manifestu. Ludzie pokolenia 68’, w związku z tym, że zmagali się z podobnymi problemami, musieli po prostu siłą rzeczy wykorzystywać te same strategie obrony przed nowomową i terrorem, co nie determinowało za sobą jakiegoś wyraźnego zjednoczenia się, pomijając oczywiście relacje typowo przyjacielskie. Z tej perspektywy Ryszard Krynicki mówi o sobie jako o tym, który w ówczesnym czasie postulował odrzucenie dominacji opisu jako „waty słownej” i odrodzenie metafory – środka pozwalającego na ponowne zakorzenienie poezji w momencie wybranym przez twórcę i w rezultacie otwarcie jej na wszelkie warianty rzeczywistości, w której czytelnik nie tylko tkwi, lecz także ją współtworzy. Oprócz tego już w 1974 roku chciał, aby poezja była tworzona na podobnej zasadzie, na jakiej przez lata funkcjonowała estetyka mimesis Arystotelesa, a zatem miała posługiwać się słownymi korelatami rzeczywistości i powoli stawać się dopełniającym ją zamiennikiem, który sam w sobie także będzie niósł ze sobą jakieś znaczenia. Ryszard Krynicki sytuuje się zatem po stronie „myślenia symbolicznego”, uzmysławiającemu odbiorcy, że jego celem jest myślenie, które ma go otworzyć na kwestię dla poety najwyższej wagi – „fenomen istnienia jednostki ludzkiej”[1]. Chcąc o tym mówić, już od samego początku swojej artystycznej aktywności, stosował technikę braku, tzn. wskazywał czytelnikowi na coś, co koniecznie powinno występować w jego świecie, a co z nieznanych względów właśnie uległo destrukcji. Rzecz jasna najczęściej chodziło tutaj o prawdę, która z kolei pozwala Krynickiemu na pisanie wierszy „działających jako sprawdzian rzeczywistości”[2] i tym samym niemożliwych do ukończenia, wiecznie otwartych dzieł („in statu nascendi”), które równocześnie wpisują się w cały dorobek twórcy, całą tradycję i wszystkie dyskursy toczone w świecie. Co ciekawe brak ostatecznego zamknięcia nie oznacza tu jednak, że autor „Przekreślonego początku” pragnie pisać tak, aby wszyscy bezustannie głowili się nad interpretacją jego wierszy. Wręcz przeciwnie – otwarcie deklaruje tutaj, że chce pisać o „rzeczach oczywistych”, które są najbliższe jego czytelnikom, bo nade wszystko pragnie on poezji umiejscawiającej tylko człowieka na pierwszym planie. Wobec tego jej „najczystszy” wariant pozwala nam, czytelnikom „doznać iluminacji oraz oczyszczenia”[3], będącej w istocie efektem obcowania z czymś, co jest wytworem kontaminacji poszczególnych „cytatów z rzeczywistości”. To zjawisko obecne jest u niego także w innej postaci – perfekcjonizm Ryszarda Krynickiego jest aż zaawansowany, że w środowisku kojarzony jest jako ten, kto „uzurpuje sobie prawo do ciągłego skreślania i nowych poprawek”[4], gdyż wielokrotnie zdarzało mu się poprawiać już opublikowane wiersze i wydawać je na nowo w zmienionej formie.

Drugim nurtem tych rozmów jest działalność translatorska Ryszarda Krynickiego, wielokrotnie sytuowana przez niego wręcz na równi z własną twórczością. To właśnie w tej aktywności ujawnia się bardzo intrygujący rys jego osobowości – człowieka niesłychanie dokładnego, precyzyjnego, niebojącego się żmudnej pracy i konsekwentnego w swym warsztacie, czego dowodem są na przykład jego monumentalne edycje wierszy Paula Celana i Nelly Sachs. Przekłada – jak tutaj wyznaje – wiersze sobie najbliższe i takie, które wyraziły już to, co on chciał napisać lub zrobiły to znacznie umiejętniej. Takie ujęcie pokazuje nam, że dla Krynickiego literatura w każdym swym przejawie jest przekładem, tzn. przenoszeniem czegoś z jednej sfery percepcji do innej po to, by podzielić się z czytelnikiem czymś wartościowym, co uwidacznia przekonanie autora „Aktu urodzenia”, że poezja jest tworem uświadamiającym jednostce bycie częścią większego organizmu, lecz nie znaczy to, iż może ona ocalić świat lub z czegoś go wybawić. Dowodem na to jest język Krynickiego, który dzisiaj jawi nam się jako wręcz stworzony właśnie po to, aby walczyć o wolność, artykułować jej głód i „odkłamywać” rzeczywistość. W tej materii znaczną inspiracją dla niego była twórczość futurystów i poetów Awangardy Krakowskiej, szczególnie Brunona Jasieńskiego i Tadeusza Peipera, któremu zawdzięcza technikę układu rozkwitającego i stanie się „poetą anachronicznym”, często wyobcowanym, jak czytamy: „Widzę, że po latach mało zostało z (…) mojej fascynacji [Peiperem], zresztą nawet w czasie, kiedy zdawało mi się, że jestem ostatnim peiperystą, byłem tylko i wyłącznie Krynickim, nikim więcej, ale i nikim mniej”[5].

Ryszard Krynicki stara się tutaj także wyjaśnić powody swojego „milczenia”, któremu o wiele bliżej do kontemplacji, reakcji na obserwowaną dzisiaj „nadprodukcję”, niechęci do „pustego mówienia” i celowego zminimalizowania ilości słów po to, aby być jeszcze bliżej drugiego człowieka i tak pożądanego sensu, tożsamego z „istotą istnienia”. Taki stosunek do własnej twórczości wydaje się bardzo słuszny, gdyż brak czegoś jest o wiele bardziej wieloznaczny i o wiele intensywniej daje do myślenia niż przesyt, w którym niemożliwością jest niezgubienie się, co u tego poety jest o tyle znaczące, że on od zawsze być ostrożny wobec słów, które w jego przekonaniu są predestynowane do manipulowania ludźmi i znaczeniami. Milczenie byłoby tutaj więc ucieczką od wszechogarniającego innych chaosu i jedyną drogą do cierpliwego wydobywania z tego, co już opublikowane jakiegoś zalążka nadrzędnej zasady. Należy mieć także na uwadze, że Ryszard Krynicki w swej przenikliwości nie traci ogólnego oglądu sytuacji i wciąż świadomy jest swych powinności względem świata: „Głos poety niewiele teraz znaczy, niemniej zapewniam (…), że kiedy trzeba będzie się wypowiedzieć lub wyrazić swoje «nie», to ja to zrobię”[6].

Tym samym z „Gdybym wiedział” wyłania się obraz poety sprzeciwiającego się ekshibicjonizmowi i nieprzerwanie wiernego swojej hierarchii wartości, która pozwoliła mu opublikować tylko te wiersze powstające z „nagłego olśnienia” lub wcześniej „długo żyjące własnym życiem”[7] i dogłębnie związane ze swoim naturalnym rytmem. Utwór poetycki jest więc dla Ryszarda Krynickiego swego rodzaju miniaturą wszechświata, który „wyciągnął sam siebie z nicości”[8], a sama poezja dosłownie wszystkim, jak wyznaje poeta: „poezja jest najwyższym stanem świadomości, szczególnym stanem umysłu, który pozwala mi mówić o świecie”[9]. Między innymi dlatego z każdej z zebranych tutaj rozmów emanuje pragnienie zjednoczenia się ze sztuką, odnotowywania za jej pomocą ciągłych metamorfoz świata i pozostawienia po sobie czegoś, w czym jakiś przyszły czytelnik odnajdzie odpowiedź lub przynajmniej coś, co da mu do myślenia i stanie się jakąś pomocą w trudnej chwili.

Oprócz tych problemów „Gdybym wiedział” porusza jeszcze bardzo wiele nurtujących kwestii, jak stosunek Ryszarda Krynickiego do innych poetów, specyfikę jego działalności wydawniczej, a szczególnie pracy nad „Utworami rozproszonymi” Zbigniewa Herberta i „Wystarczy” Wisławy Szymborskiej i fascynacja haiku. Z pewnością miłośników jego twórczości zaciekawi fakt, że w znacznej mierze ukształtował się on jako poeta za sprawą „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza i „Wierszy zebranych” Bolesława Leśmiana, a ulubioną książką jego dzieciństwa jest zaś „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” Juliusza Verne’a. Dużo miejsca zajmują tu również, oczywiście ascetyczne, opisy pierwszych doświadczeń literackich, historii rodzinnych, opinie o ulubionych pisarzach i wspominanie przyjaźni.

„Gdybym wiedział” to książka prezentująca ewolucję niezwykłego człowieka, który w swoim życiu podejmował się różnych aktywności jednak zawsze miał na celu dobro poezji i kontakt z drugim człowiekiem. Poza oczywistym dopełnieniem zachwycającej twórczości tom ten pozwala na poznanie Ryszarda Krynickiego jako postaci skromnej, powściągliwej, dokładnej i bez względu na otoczenie kierującej się własnym kodeksem, który pozostaje niezmienny od lat. Nie sposób się z nim nie zgodzić, że poezja jest w swej istocie wiecznie „otwartym” efektem podejmowania niezliczonych prób radzenia sobie z samym sobą i światem, gdyż taka twórczość jak jego autorstwa z pewnością będzie zachwycać jeszcze wiele pokoleń i przetrwa dopóki istnieć będzie literatura i czytelnik

Autor: Przemysław K.

„Gdybym wiedział. Rozmowy z Ryszardem Krynickim”, opracowanie Anna Krzywania, Biuro Literackie, Wrocław 2014, s. 270

——————————–

[1] s. 10

[2] s. 14

[3] s. 33

[4] s. 104

[5] s. 80

[6] s. 157

[7] s. 141

[8] s. 204

[9] s. 248

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 90.

Reklamy
„Chciałbym nauczyć się mówić, ponieważ rozmowa z innym człowiekiem jest jednym z największych darów, jakie możemy otrzymać na tej ziemi”, czyli milczący geniusz poetycki, dla którego książki są „modelami świata”