„Witaj znów, moja śmierci”, czyli olśniewająca opowieść o współczesnym Orfeuszu i Eurydyce z aksolotlami w tle

Istnieją przeróżne sposoby radzenia sobie z utratą, jednak żaden z nich nie jest na tyle intensywny, aby komukolwiek w pełni pomóc zmierzyć się nie tyle z uświadomieniem sobie, że teraz już nic nie będzie takie samo jak dawniej, lecz przede wszystkim z poradzeniem sobie z samym sobą. Wśród artystów szczególnie popularne jest tak zwane „przepracowywanie” danej straty, polegające na przekuciu swojej niepewności i rozdarcia w dzieło sztuki, które po zakończeniu tworzenia stanie się mimowolnie czymś, co pozwoli najbardziej zainteresowanemu znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania i uzyskać nową samoświadomość, już unikającą koncentrowania się na odnajdywaniu w przeszłości dotychczas zupełnie zignorowanych profetycznych przebłysków zbliżającego się nieszczęścia. Wydaje się, że podobną intencją kierował się Francisco Goldman, autor genialnego reportażu „Sztuka politycznego morderstwa”, pisząc swą powieść wspomnieniową – „Mów do niej”, swego rodzaju pean na cześć zmarłej żony, Aury Estrady, świetnie zapowiadającej się pisarki i literaturoznawczyni przygotowującej doktorat na jednej z uczelni Ligii Bluszczowej.

Pierwszą rzeczą, na jaką zwraca się uwagę obcując z tą przejmującą książką, jest jej nielinearność i fragmentaryczność, jakby śmierć unieważniła wszystkie relacje czasoprzestrzenne, chcąc przy okazji otwarcie zakpić z pisarza i umiejscowić go poza światem dotychczas znanym, pełnym harmonii i bezwarunkowej miłości. W gruncie rzeczy bowiem „Mów do niej” to opowieść tylko w marginalnym stopniu mówiąca o konkretnej miłości, gdyż Goldman idzie tutaj znacznie dalej uniwersalizując swój przekaz na wzór ostrzeżenia skierowanego do wszystkich tych, którym infantylnie wydaje się, że ich szczęście będzie trwać wiecznie, gdyż przecież nie istnieje na świecie nic na tyle silnego, co mogłoby bezpowrotnie pokonać uczucie. Dlatego opisana tutaj historia wciąż się rwie, poszczególne elementy powracają w coraz to innych konstelacjach, a wiele z nich daje znać o swoim istnieniu w najmniej przewidywalnym momencie, bo najważniejsze jest kultywowanie pamięci o idyllicznym okresie życia pisarza i związaną z nim wspaniałą kobietą. Zastosowana w „Mów do niej” perspektywa ogniskuje percepcję odbiorcy na płaszczyźnie czasu przeszłego, co w głównej mierze polega na obserwowaniu Goldmana usilnie doszukującego się we wspomnieniach dowodów na swoją winę, która jak sam dobrze wie jest tylko wymysłem matki ukochanej. Dlatego powieść osadza na fundamencie rozważań nad naturą losu. Wobec niewyobrażalnej skali swojego cierpienia, przypominającego bóle fantomowe po utracie kończyny, nie pozostaje mu nic innego poza kierowaniem pod adresem świata pytań o istotę przeznaczenia, które z niezrozumiałych przyczyn splotło ze sobą drogi dwojga ludzi, aby po czterech latach momentalnie je rozwiązać.

Dokonywane na kartach „Mów do niej” bezgraniczne uzewnętrznianie się pisarza przypomina osobliwy proces sądowy, jakby wprost przeniesiony z kart książki Franza Kafki, gdyż wciąż oscylujemy tutaj wokół równoważnych faktów, wytworów wyobraźni, przewidywań i nielicznych prób usprawiedliwienia się, które razem nie są w żaden sposób rozgraniczane, jakbyśmy właśnie czytali strumień świadomości człowieka chcącego odnaleźć sens w bezkształtnej masie. W konsekwencji ten miraż skutkuje ciągłym konfrontowaniem przez Goldmana realności z tym, co umysł złudnie podaje mu za rzeczywiste, by wymienić tylko drzewo „zamieszkane” przez zmarłą i wciąż pojawiającą się jej twarz w przeróżnych miejscach. Taki imperatyw doszukiwania się prawidłowości tam, gdzie na ogół się ich nie spodziewamy, zdaje się tutaj wyszczególniony specjalnie dla czytelnika, który w trakcie lektury zapraszany jest przez autora do surrealistycznej gry, polegającej na analizowaniu wraz z nim kolejnych „zapowiedzi” przyszłego nieszczęścia, jak niedokończone opowiadania Aury, fragmenty jej dzienników, czy nawet zdjęcia. Co ciekawe takie podejście do sprawy ma swe przerażające uzasadnienie w charakterze samej zmarłej, którą od zawsze śmierć bardzo fascynowała i wciąż dawała o sobie znać zarówno w samym życiu jak i w twórczości, co w przeważającej mierze objawiało się odnajdywaniem w każdym elemencie rzeczywistości oznak jej bytności i odczuwaniem nieokreślonego lęku przed czyhającą gdzieś na rogu destrukcją. Tym samym również sam Goldman zdaje się tutaj dopuszczać taką możliwość, że śmierć sama w sobie jest fikcją skonstruowaną przez umysł, który usilnie stara się nam wmówić, iż coś odchodzi bezpowrotnie. Nie sposób oprzeć się przekonaniu, że nie jest to tylko konstrukt myślowy człowieka, który większość swojego życia spędził na lekturze książek w przeważającej mierze koncentrujących się na mówieniu o bólu utraty. Każda chwila po śmierci Aury, która przedstawiona jest w „Mów do niej”, świadczy o jej iluzorycznym i nieprzerwanym tkwieniu w rzeczywistości, jakby amerykański reportażysta chciał nam udowodnić, iż idea człowieczeństwa jest na tyle piękna i ponadczasowa, że nic nie jest w stanie jej przezwyciężyć i zepchnąć w nicość, czego odzwierciedlenie odnajdziemy w zapiskach samej Aury: „Fikcja stała się rzeczywistością. Może to ja jestem czyimś wymysłem. Koszmarem matki. Chyba jednak nie. Może w takim razie nawracającą ideą śmierci”[1].

„Mów do niej” to przejmująca opowieść, z której przesłaniem niesłychanie trudno jest się pogodzić. Z jednej strony lektura tej książki gwarantuje czytelnikowi niemożliwe do przezwyciężenia uczucie rozdarcia, ponieważ z każdą stroną chce się jeszcze mocniej okazać swe współczucie cierpiącemu autorowi, co jest wręcz niemożliwe wobec jego bezgranicznego odarcia się z wszelkich warstw intymności i wzruszającego dążenia do osiągnięcia współczesnego odpowiednika stanu katharsis. Z drugiej obcujemy tutaj z odtwarzaniem przeszłości i bezlitosnym dla Goldmana zwyczajem do rytualizowania chwili obecnej, jakby wbrew prawom logiki nadal wierzył, że kiedyś wreszcie odnajdzie swą ukochaną i znów będą mogli być razem, tym razem już na zawsze. Z powodu tych przyczyn miłość opisana w tej książce do złudzenia przypomina religię, której mistycznej mocy można doświadczyć tylko w chwili bezdyskusyjnego przyjęcia dogmatów wiary lub wtedy, gdy wobec „popiołów i zgliszcz, ruin przyszłości” nadal będzie się dostrzegać piękno najwyższej próby, tkwiące w bractwie dusz kochających się ludzi. Oprócz tego to uczucie znacząco poszerza horyzonty pojmowania, otwiera człowieka na o wiele bardziej kreatywny sposób percypowania świata, w którym niewinność i młodzieńczy entuzjazm nie są już kojarzone z bezsilnością, lecz godną podziwu wrażliwością na to, co dotychczas było zupełnie ignorowane, jak manipulujące świadomością kolejne przejawy obecności zła.

Wielu czytając „Mów do niej” może wydać się absurdalne, że autor nie chce po prostu zapomnieć i zacząć żyć na nowo, zamiast wciąż pogrążać się w odmętach rozpaczy, jednak po wnikliwszym zastanowieniu wyraźnie widać, że główną rolę odgrywa tutaj literatura, która w każdym swym wariancie oparta jest na fundamencie trzech czynników: pamięci, utraty i nieprawości. Stąd zarówno Francisco jak i Aura od zawsze byli przekonani, że w każdym momencie, gdy pozbywają się jakiejś cząstki wspomnień, równocześnie tracą część siebie, co w uproszczeniu okazuje się być najczęściej przyśpieszeniem umierania. Tym samym poszukiwanie przez Goldmana w otaczającym go świecie pozostałości po ukochanej jest niczym innym jak naturalną chęcią przekonania samego siebie, że on nadal istnieje i co najważniejsze może przekazać innym wiedzę o właśnie zmarłej wybitnej osobowości.

Widać zatem, że Francisco Goldman popełnił powieść, z której wyłania się niezwykle intensywnie dający do myślenia obraz człowieka zawieszonego pomiędzy dwoma sferami – życiem i śmiercią. Konsekwencją tego jest to, że „Mów do niej” to książka niemająca sobie równych w materii prezentowania miłości nie tylko jako idealnego sposobu na ucieczkę od samotności i wyobcowania, lecz także uczucia będącego w istocie wyrazem uwielbienia dla drugiego człowieka, który zdaje się przypominać nierozwinięty jeszcze w pełni kwiat, dający znać o swym przyszłym pięknie jeszcze na długo przed rozkwitnięciem. Dlatego Goldman nie koncentruje swej historii na przedstawieniu dwóch osobowości, gdyż nade wszystko chce zaprosić czytelnika do wspólnego odkrywania tajemnicy miłości, bo przecież niemożliwością jest samodzielne wydobycie na światło dzienne istoty uczucia, które w swych najsubtelniejszych odmianach łączy ze sobą nierozerwalnie dwie dotychczas zupełnie sobie obce istoty.

Wobec tego warto zastanowić się dlaczego miłość Francisca i Aury była na tyle wyjątkowa, aby powstała o niej książka. Wydaje się, że kluczem do zrozumienia tego jest przywołane na samym początku powieści opowiadanie Julio Cortázara, w którym zafascynowany aksolotlami bohater pewnego dnia na moment zamienia się w jednego z nich. Autor „Gry w klasy” porusza tam istotny problem pozbycia się świadomości swojego osamotnienia, co w przypadku Francisco Goldmana przerodziło się w przemożną chęć stania się głosem tej, która całe swe życie marzyła o karierze powieściopisarki, aż do czasu zniweczenia wszystkiego przez niemożliwy do powstrzymania żywioł oceanu. Podobnie rzecz ma się z aksolotlami, fascynującymi organizmami, którym nigdy nie jest w pełni dana możliwość wydobycia swego piękna na światło dzienne. Oczywiste jest więc, że „Mów do niej” to zarazem zachwycające i przerażające echo niewyobrażalnego cierpienia, które niesłychanie wrażliwego człowieka wystawiło na próbę, aby uzmysłowić mu z jak wielkim szczęściem miał okazję obcować. On, człowiek równocześnie podły i kochający, wulgarny i poetycki, zniewolony przez alkohol i miłość, a tutaj chcący zrekonstruować z efemerycznych skrawków coś, co przytrafiło mu się najpiękniejszego – bezwarunkowe uczucie, którego za życia ukochanej nie doceniał tak mocno jak należy.

Autor: Przemysław Koniuszy

Francisco Goldman „Mów do niej”, przekł. Dorota Kozińska, wydawnictwo Agora, Warszawa 2015, s. 400

——————————–

[1] s. 137

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 141.

Reklamy
„Witaj znów, moja śmierci”, czyli olśniewająca opowieść o współczesnym Orfeuszu i Eurydyce z aksolotlami w tle