„(…) nikt nas nie potrzebuje. Nie wiemy przecież w gruncie rzeczy absolutnie nic o kraju, w którym żyliśmy; wiedza o nieszczęściu jest wiedzą jałową”, gdyż przecież „To jest całkiem zabawne. Tylko to jest Polska à la James Bond. Takiej Polski nie ma”, czyli „Hłaskower” na tropie zmyślenia będącego prawdą w świecie zdeterminowanym przez bieg nad przepaścią z jednym słowem na ustach

Wznowione niedawno słynne wspomnienia („wyjaśnienia”) Marka Hłaski (1934-1969) nie są tylko odpowiedzią na lawinowo rosnące zainteresowanie twórczością tego pisarza, lecz również próbą dopełnienia jednej z najgłośniejszych publikacji ostatnich lat – wzruszających i dramatycznych w swej wymowie „Listów”, które na dobre zainicjowały dyskusję na temat znaczenia w polskiej literaturze tego genialnego prozaika.

„Piękni dwudziestoletni” to książka mająca na celu ożywić w polskiej literaturze wspaniałą tradycję powieści retrospektywnej. Marek Hłasko uczynił jej punktem wyjścia swoje przybycie do Ameryki w 1958 roku, kiedy to był dwudziestoczteroletnim pisarzem, uznawanym przez rodzimy aparat państwowy za „skończonego”, a na dodatek obdarzonym wrażliwą artystyczną duszą, która błyskawicznie zaczęła zakorzeniać się w zupełnie obcym języku i kulturze. W taki właśnie literacki sposób chciał sprzeciwić się wszystkim tym, którzy niegdyś uznali go za bezwartościowego dla ogółu „idiotę”, a przy okazji – otaczając się przeróżnymi „mitami” – opisać całą swą burzliwą młodość na wzór kolażu łączącego w sobie wiele absurdalnych sytuacji, jakimi życie w PRL-u było przepełnione. Nade wszystko jest to książka człowieka, który widząc piękno i złożoność otaczającego go świata, wciąż podświadomie konfrontując go z brzydotą i obłudą dominującą w ojczyźnie, z całego serca kochał tylko Polskę, co starał się ukazywać nie tylko za pomocą umiejscowienia jej w samym centrum swojego mikrowszechświata i twórczości, lecz także nieustannie dając dowody uwielbienia pełnej sprzeczności polskiej literatury. Równocześnie z ubolewaniem dostrzegał niewykorzystywanie przez rodzimych artystów potencjału naszego kraju, jako ponurej kwintesencji najniezbędniejszych składników literatury, przynajmniej w jego perspektywie, jak pisał: „Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo”, a nawet społeczeństwo składające się z ludzi „zrozpaczonych, zwierzęcych i nieszczęśliwych”[1]. Dlaczego zatem – wobec tak wielkiej deprawacji – w naszym kraju nie mogło powstać arcydzieło, którym zachwyciłby się cały świat? Zdaniem Hłaski przyczyną jest właśnie to, co powołało do istnienia wcześniej wymienione czynniki, stwarzające podatny grunt, lecz wykluczające skorzystanie z jakichkolwiek możliwości przekucia ich w sukces artystyczny. Chodzi oczywiście o „commies” i komunizm sam w sobie, czyli nowotwór, który przez lata niszczył to, co w Polsce i Polakach najbardziej wartościowe.

Ironicznie sytuując się na stanowisku pisarza korzystającego z takiego stanu rzeczy i jednoczącego się z sytuacją „świadka w procesie oskarżenia”, chce nam w „Pięknych dwudziestoletnich” przekazać obraz życia utożsamionego z opowieścią, której tła nie jest w stanie zmienić nawet walczący piórem buntowniczy literat. Obcowanie z nieskażonymi polityczną presją literaturą i sztuką zastępowała mu niewiele różniąca się od fikcji PRL-owska rzeczywistość, która w jego przypadku w najbardziej kształtującym okresie składała się z licznych fascynacji (boksem, pokerem, kradzieżami, przemytem), wizytami w komisariatach i zakładach karnych, a przede wszystkim łamaniu niemożliwego do przestrzegania prawa. Temu znienawidzonemu światu zawdzięczał tak dużo właśnie przez wzgląd na objęcie posady „korespondenta robotniczego” i „konfidenta à rebours”, kiedy to naprawdę odkrył w sobie „myślącego dramatycznie” pisarza i z powodzeniem zaczął praktykować integrowanie realności z fikcyjnością: „Donosy pisałem regularnie (…). Narobiłem im strasznego burdelu: nie połapali się nigdy. Nie moja wina: sami tego chcieli”[2]. Wobec tego, czytając tę książkę, obserwujemy młodzieńca, który czyniąc „pierwszy krok w chmurach” za sprawą zbrodniczego systemu przeistacza się w artystę-manifestanta, u którego bezskutecznie można dopatrywać się granic pomiędzy życiem, ekspresją i postulatami: „Wiem tylko, że będę biegł przez całą drogę; i że będę mówił przez cały czas”[3]. Podobnie rzecz się miała z tymi bardziej przyziemnymi sferami życia, kiedy to na przykład przebywając na stypendium we Wrocławiu przeżywał rozdarcie pomiędzy pisaniem, czytaniem i oglądaniem spektakli teatralnych, co uświadomiło mu niemożliwość objęcia umysłem choć cząstki wrażeń oferowanych przez świat, który pragnie w pozytywnym znaczeniu zmanipulować go, a nawet zapośredniczyć jego duszę, jak czynił to za pośrednictwem autora „Ferdydurke”: „Wreszcie dano mi Gombrowicza do czytania i wtedy już oszalałem zupełnie”[4]. Obok tego funkcjonował jako autor donosów, dzięki którym odnotowywał, często bardzo fikcyjne, przejawy chorobliwych „wizji i szaleństwa”, jakie zakorzeniły się w dostępnej mu rzeczywistości, co w znacznym stopniu pomogło mu wysublimować swój warsztat, a nawet zjednoczyć się z powszechnym wokół absurdem w imię „absolutnego klasycyzmu formy i stylu oraz pewnego wykwintu”[5]. Dlatego jak się okazuje nie bez przyczyny wiele z jego utworów przypomina twory pozlepianie z frapujących autora impresji lub podszytych czarnym humorem anegdot, które razem stwarzają pozbawiony białych plam i zdominowany przez intensywne barwy obraz, którego sens metaforyczny możliwy jest do uchwycenia dopiero po zupełnym wsiąknięciu w tkankę prozy. Z tej perspektywy „Piękni dwudziestoletni” jawią się jako książka skoncentrowana na paradoksach, co ma na celu zupełnie zdezorientować czytelnika. Jako utwór do pewnego stopnia stanowiący manifest lub ostateczne ujawnienie fundamentów postrzegania świata przez pisarza, oparty jest na mirażu prawdy i fikcji, czemu autor daje wyraz wprost, nie tylko wysuwając na pierwszy plan niemożliwość urzeczywistnienia przejawów ideologii komunizmu w świecie pozbawionym komicznego wymiaru, lecz także za pomocą bezpośrednich wynurzeń, wieloznacznych w kontekście całości i otwierających na zupełnie odmienne percypowanie tej twórczości: „Ale anegdoty rodzą się na skutek istniejących warunków i sympatii; tak więc, choć nie jest to prawdą, jest prawdziwym zmyśleniem”[6]. Tym samym Marek Hłasko (zwany „Hemingwayem z Koluszek”), jako artysta pełen sprzeczności i o buntowniczym usposobieniu, zarówno swoją klęskę jak i sukces zawdzięczał PRL-owi, czego idealnym przykładem jest styl „Pięknych dwudziestoletnich”, w których autor nigdy się nie myli, zawsze stosuje odpowiednie techniki – unikając „kwietyzmu” nie waha się „użyć określeń topornych i ciężkich, męskich i brutalnych”[7], a nawet „stylu felietonowego”, oczywiście zawsze w odpowiednim miejscu i czasie. Tym bardziej zadziwiające jest, że książka ta pod względem językowym w przedziwny sposób łączy nowomowę z językiem ulic i intelektualistów.

Drugą ważną aktywnością w młodzieńczym życiu Marka Hłaski była „błyskotliwa” kariera reportera, kiedy to mógł na własne oczy przekonać się jak komunizm realizuje swój „postulat” absurdu w miejscach oddalonych od głównych miast kraju, jak to na przykład miało miejsce w ramach współpracy z „najbardziej bojowym pismem w Polsce”[8], czyli „Po prostu” i zmaganiach z jego redaktorem naczelnym. To nie ogólna sytuacja w kraju i porzucenie człowieczeństwa przez rządzących ukształtowało jego stosunek do ojczyzny i rodaków, a właśnie rzetelna dziennikarska obserwacja poszczególnych ludzkich zachowań, które były naocznymi dowodami na to jak bardzo ówczesne „centrum ideologiczne” się myliło i w jak chorobliwą hipokryzję ciągle wpadało. Dlatego komunizm w „Pięknych dwudziestoletnich” traktowany jest jako coś zupełnie obcego Polsce, nawet nie zapośredniczonego, co bezrefleksyjnie zakorzenionego, dlatego Hłasko, archetyp patrioty, nie waha się tutaj mówić o swojej ukochanej ojczyźnie jako o „kraju okupowanym”, co wprost implikowało konieczność „pomocy” i „myślenia” o niej nie w kategoriach właściwych bezproduktywnym donosicielom, lecz kreatywnym „dziennikarzom”. W obliczu tego bardzo symptomatyczne jest, że Marek Hłasko w swoim „rewolucjonizmie” tylko aluzyjnie ubolewa nad marazmem i ponurą akceptacją polskiego społeczeństwa: „I po co tym ludziom niepodległość? Niech pozostaną do końca świata stróżami braci swoich, i niech się nudzą”[9]. Po niedługim czasie miał przecież okazję obserwować jak podobne mechanizmy działają w zgoła odmiennych warunkach i zależnościach. W Izraelu, kraju pełym ludzi będących „przez setki lat (…) przedmiotem drwin i szyderstwa”[10], wielu Żydów z całych sił starało się Hłasce pomóc, w żaden sposób nie zastanawiając się nad tym, że w jawny sposób łamie on prawo, jest zupełnie obcym im człowiekiem, jego domniemani przodkowie mogli mordować Żydów, a oni sami nie są w komfortowej sytuacji i to oni w istocie potrzebują pomocy. Tym samym autor „Nawróconego w Jaffie” stał się pisarzem dzięki balansowaniu na krawędzi i odważnemu przekraczaniu nierealnych granic.

Bezpardonowy krytycyzm i satyryczność „Pięknych dwudziestoletnich” objawia się tutaj szczególnie wysuwaniem „ostrza krytyki” wobec tych, którzy funkcjonowali na zupełnie odległych Hłasce płaszczyznach porozumienia, jak Jerzy Putrament (tytułowany tutaj „Myślicielem”), znany ze znaczących zasług dla propagandy komunistycznej, skomentowania kariery Czesława Miłosza na Zachodzie jako „niemożliwej” i autora kilku kuriozalnych książek. Dla takich jak on autor jest bezlitosny, dlatego bez oporów wciąż zestawia ze sobą wzorce i antywzorce pisząc na przykład, że William Faulkner to „pisarz nieustępujący rangą Putramentowi”[11]. Mistrzowski dystans do świata Marka Hłaski nie zawsze determinował pełen odrazy krytycyzm. Wielokrotnie czytając tę książkę stykamy się z pełnymi pochwał opiniami na temat artystycznych dokonań geniuszy prozy. I tak „Papę” Hemingwaya określa się tu ironicznym mianem „ostatniego romantyka”, a o autorze „Wściekłości i wrzasku” mówi się jako „o czymś w rodzaju współczesnego Dostojewskiego”[12], którego z kolei Hłasko stawiał na szczycie swojej hierarchii. Autor oczywiście nie byłby sobą, gdyby takich zwierzeń nie umieścił w kontekście różnicy pomiędzy marzeniami Polaków o Ameryce jako o możliwej (sic!) ziemi obiecanej, a „postrzeganiu” przez władzę tamtejszej kultury jako tworzonej przez sadystów, homoseksualistów, podżegaczy i miłujących pornografię, którzy tylko czekają, aby skazić jedyną słuszną idylliczną czystość polskiego komunizmu.

Z oczywistych względów znaczną ilość miejsca w „Pięknych dwudziestoletnich” poświęca się doświadczeniu emigracji, jako procesu przebiegającego niezbyt łagodnie, m.in. przez wzgląd na uświadamianie sobie w jej trakcie, że przecież „świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, żę w jednej z nich jest nie do życia, a w drugiej nie do wytrzymania”[13]. Marek Hłasko przedstawia tutaj w właściwy sobie ironiczny i niezwykle frapujący sposób opis możliwości jawiących się przed postrzeganymi przez ojczyznę „kontrrewolucjonistami”, którzy nie mogli zrobić kariery na Zachodzie w oparciu o swoją komunistyczno-partyjną przeszłość, a mimo to chcieli kontestować zły stan kraju i wykorzystywać absurdalność rządzących nim mechanizmów. Co zatem Hłasko radzi tym, którzy chcą bez względu na wszystko uchronić się od głodu? Jego zdaniem najskuteczniejszymi sposobami na przetrwanie są między innymi udawanie obłędu, sutenerstwo, pobyt w więzieniu lub na drodze najwyższego wyjątku i bezradności – „uczciwa praca”. Wydaje się, że w poglądach Marka Hłaski dominowało przekonanie, że w pewnym sensie każdy człowiek na świecie jest w jakimś stopniu zniewolony i sprowadzony do zdehumanizowanych pojęć, nie tylko przez autorytaryzm „Ziutka Słoneczko” (tj. Stalina), dlatego błyskawicznie uświadomił sobie jak w niewielkim stopniu sytuacja w Polsce („przedmieściu Rosji” w perspektywie światowej) interesuje ludzi, których miał okazję poznać w trakcie swojej tułaczki: „Kiedy opowiadałem ludziom, jak żyje się w Polsce, słuchano mnie z uprzejmym znudzeniem. Potem przestałem mówić; a potem minął mój gniew”[14]. To właśnie w uzmysłowieniu sobie hermetyczności tkwienia Polaków w etosie narodowowyzwoleńczym tkwi oryginalność i uniwersalność prozy Marka Hłaski, który od zawsze, koncentrując się na ściśle określonym horyzoncie czasowym, potrafił powstrzymać się od parodiowania „narodowego poczucia tragizmu”, nawet pomimo ciągle przywoływanego „punktu widzenia humorysty”. Wszystko to z biegiem czasu przysparza mu coraz więcej czytelników, charakteryzujących się podobną autorowi świadomością, że w prawdziwym życiu, utożsamianym w „Pięknych dwudziestoletnich” nagminnie z „hecą”, cierpienie nie może uszlachetnić w takiej mierze jak w „Ani z Zielonego Wzgórza”, zdaniem Hłaski największej w literaturze światowej kulminacji naiwności.

Książka ta uruchamia wiele istotnych procesów, z których kluczowym jest dokonywanie osobliwych prób możliwości literatury, która oddając właściwe rzeczywistości PRL-u zjawiska oparte na powszechnym szyderstwie i grotesce, nie podzieliłaby losu dzieł dramatycznych określanych dzisiaj mianem „teatru absurdu”, a jednocześnie w jakiś sposób zbliżyłaby się do wysublimowanego totalizmu ekspresji, co samo w sobie wydaje się już Markowi Hłasce nierzeczywiste, gdyż to, co było doświadczeniem ludzi jego pokolenia nie mogło przecież tak naprawdę mieć miejsca, jak pisze: „Elementy tragedii zostały tu zachwiane; wyrok śmierci może zamienić się w mandat władzy, ofiara w kata; miejsce męczarni w miejsce odwetu. I brakuje tu elementu catharsis (…)”[15]. Dlatego autor wciąż, gdy mówi o poszczególnych sytuacjach ze swojego życia, podważa ich „prawdziwość”, zadając przy tym samemu sobie kłam, bo przecież jego prawd nikt nigdy nie przyjmie za swoje, nie zaakceptuje ich realności przeistaczającej się na oczach czytelnika w fikcję pod wpływem „bezradności” literata. Właśnie pod wpływem tego rodzaju tendencji Marek Hłasko jako człowiek, którego immanentną częścią życia była literatura, całe swe myślenie o ojczyźnie zminimalizował do rozpatrywania Polski w kategorii organizmu składającego się wyłącznie z kilkunastu najbliższych przyjaciół, gdyż wszyscy inni wokół mieli go za „kabotyna” i oderwanego od rzeczywistości dziwaka. Stąd nie jest tak oczywiste nazywanie tej książki, szczególnie przez wzgląd na tytuł, swego rodzaju manifestem pokolenia artystów, którzy „wszyscy (…), wbrew faktom i wbrew wszystkiemu, co działo się dokoła, usiłowali zachować wiarę, że nadejdzie chwila, w której wolno będzie powiedzieć: nie”, czyli „to jedno najważniejsze w życiu każdego człowieka słowo”[16]. W zderzeniu ze zmieniającą się rzeczywistością pewne jest jednak, co stanowiło przyczynę owego poddania się, na dodatek nie wykluczającego oczekiwania na dogodny moment na wyartykułowanie głosu sprzeciwu – brak samoświadomości i popadanie w otępiający marazm. Jak widać Marek Hłasko nie był na tyle odważny, aby wypowiadać się w kategoryczny sposób w imieniu sobie podobnych, lecz z pewnością „Piękni dwudziestoletni” wiele mówią nam o nim samym, jako o prawdziwym buntowniku, który pozbawiony „programu własnego buntu” potrafił żyć w taki sposób, by uczynić samego siebie najpełniejszym urzeczywistnieniem postulowanego sprzeciwu, znajdującego swe podsumowanie w słowach Henryka Krzeczkowskiego: „Panowie, nie dajmy się zwariować”[17] i filmach Romana Polańskiego, reżysera potrafiącego oddać w obrazach sławione przez Hłaskę „prawdziwe zmyślenie”.

To nie tylko pełen rozżalenia głos utalentowanego literacko „ekspedytora”, opowieść o trudnym stosunku do ojczyzny, czy rozprawienie się z doświadczoną na własnej skórze degrengoladą, a nade wszystko romans autobiografizmu z autokreacją, czym jak się zdaje Marek Hłasko chciał wypracować swoją koncepcję obiektywizmu, czyli czynnika obecnego w jego literaturze tylko wtedy, gdy chodzi o sprawy najmniejszej wagi, a tam, gdzie dotyka się kwestii najistotniejszych, zastępowanego możliwie najsprytniejszym zagraniem, czyli bliską prawdy konfabulacją. Dlatego literatura tego autora zaistnieć mogła tylko tam, gdzie zło w swych najbardziej monumentalnych przejawach było zespolone z rzeczywistością, gdyż wyłącznie wtedy mógł on odczuwać nienawiść, największe koło zamachowe literatury, którego dynamiki Zachód i emigracja tak bardzo nieskutecznie chciały go pozbawić.

„Piękni dwudziestoletni” to zachwycająca książka autorstwa tego, który swoimi umiejętnościami, wiedzą i wyczuciem mógł żonglować do woli w imię kreacji alternatywnej rzeczywistości, bardziej zdatnej do życia dla ludzi, a nie ideologicznych konstruktów.

Autor: Przemysław K.

Marek Hłasko „Piękni dwudziestoletni”, wydawnictwo Agora, Warszawa 2014, s. 176

——————————–

[1] s. 9

[2] s. 20

[3] s. 21

[4] s. 24

[5] s. 36

[6] s. 73

[7] Tamże

[8] s. 43

[9] s. 55

[10] s. 56

[11] s. 65

[12] s. 75

[13] s. 141

[14] s. 92

[15] s. 118

[16] s. 123

[17] s. 136

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 107 i 123.

Reklamy
„(…) nikt nas nie potrzebuje. Nie wiemy przecież w gruncie rzeczy absolutnie nic o kraju, w którym żyliśmy; wiedza o nieszczęściu jest wiedzą jałową”, gdyż przecież „To jest całkiem zabawne. Tylko to jest Polska à la James Bond. Takiej Polski nie ma”, czyli „Hłaskower” na tropie zmyślenia będącego prawdą w świecie zdeterminowanym przez bieg nad przepaścią z jednym słowem na ustach