„Każda ściana pobielona, / lampa się chwieje. / Chwila rodzi się i kona, / lampa się chwieje. // Mucha nagle odfrunęła / i mrą nadzieje. / Lata płyną, giną dzieła, / lampa się chwieje”, czyli poeta piszący prozą poszukuje „profilu w muzyce świerszczy i mandolin”, gdyż kongenialność ukryta jest w przemijalności idei piękna

„Rytmy jesienne” to kolejna część wielopoziomowego dorobku Jacka Łukasiewicza (rocznik 1934), cenionego profesora Uniwersytetu Wrocławskiego, znanego w ostatnim czasie z przełomowej monografii o Tadeuszu Różewiczu („TR”), autora kilkunastu wspaniałych tomików wierszy.

Wiersze doświadczonych poetów najbardziej urzekają dopiero wtedy, gdy czytelnik dostrzeże źródło poetyckiej inspiracji, które w przypadku Jacka Łukasiewicza i jego „Rytmów jesiennych” ukryte jest w podejściu do przeszłości i stosunku czasu do tego, czego nie można już doświadczać. Choć tak wiele zależy tutaj od elementów wręcz zmuszających do przekucia jawiących się przed artystą wizji w słowne metafory, to nie jest to poezja stwierdzeń, lecz poszukiwania, na przykład natury człowieczeństwa, pozostającego w zupełnym odseparowaniu od świata, radzącego sobie bardzo dobrze bez naszej destrukcyjnej „pomocy”: „Jeszcze ze lśniącej ciemnej trawy / do źródła światła ćma polata. / Kiedy przestaje być widziana / – nie kończy się uroda świata”[1], czym z kolei poeta wyraża swe zaniepokojenie niepewnością kierunku w jakim podąży wszechświat, gdy zabraknie w nim człowieka. W podejściu do z takim zapałem dziś eksplorowanego motywu utraty Jacek Łukasiewicz wytycza swoje własne ścieżki, w mistrzowski sposób odpowiadające współczesnym potrzebom kreacji „nieprzejrzystych” kształtów, jako idealnych sposobów na zmierzenie się ze śmiercią bliskiej osoby (funkcjonującej tutaj za pośrednictwem metamorfozy wspomnień w „pochłaniającą skałę”) oraz coraz gwałtowniej zbliżającym się obrazom świata bez naszej obecności.

Będąc pod wpływem bezwzględnego uwielbienia dla ojczystej przyrody autor jednoczy różne jej postrzegania, na pierwszy plan wysuwając realność i liczne personifikacje, jakby chciał – jednocząc się z naturą – w przejmujący i pełen niuansów sposób opowiedzieć o dręczących go stanach emocjonalnych, pobudzających do istnienia „chłodną pamięć”, „obmywającą” i „przemieniającą”[2] świat w przedziwny kolaż barw stanowiących dla człowieka zagadkę, której rozwiązaniem będzie sens istnienia. Sytuując wiersze w ramach wydawałoby się „metafizycznej” problematyki Jacek Łukasiewicz nie konstruuje rzecz jasna wydumanych i przeintelektualizowanych abstraktów, lecz zawsze soczewkę swojego wrażliwego oka poetyckiego ukierunkowuje na to, co dzieje się w świecie, na autonomiczną sytuację, w czym stara się dostrzec jakiś pierwiastek jedności i współzależności: „Co się unosi nad gałęzią śliwy? / – Papierowa przestrzeń, / do której mistrz zaprasza”[3]. Konfrontując ruchomość i innowacyjność świata z czasem wpływającym na postrzeganie z taką samą intensywnością już od samych początków istnienia, podmiot „Rytmów jesiennych”, choć niekiedy dociera do powszechnej dziś ignorancji w pojmowaniu kategorii estetycznych, zawsze skłonny jest do zmierzenia się z nowymi hierarchiami idei, jak to dzieje się na przykład w porównawczej analizie „pragmatyki jazdy” i „poetyki kolei”: „Pragmatyka podróży wyzwala wolność w jadącym, / wolność pejzażu, wolność snów, wolność słów, /  które układają się same według niespodziewanych reguł, . zawartych w tajemniczej poetyce podróży”[4].

Odnotowując zaistnienie „znaków”, wieloznacznych symboli obecności, poeta kładzie nacisk na nieprzemijalność zachowań właściwych tylko określonym punktom w czasoprzestrzeni. Najwyraziściej wizualizuje to cykl „Ekspozycje”, mający na celu uchwycić istotę krążących po świecie interpretacji, na których wpływ jesteśmy co rusz wystawiani: „chcemy podać rękę / nie podają // chcemy ich napoić / nie przyjmują / chcemy się odczepić / towarzyszą”[5]. Dochodzi tu zatem do niespotykanego we współczesnej polskiej poezji rozczłonkowywania obrazów, pejzaży lub sytuacji, które ukazują, że każda istota ma sobie przypisaną perspektywę, od której nie zależy tylko jakość i ciągłość egzystencji, ale również aspekt zaprzeszłości naszego percypowania, gdyż przecież jakikolwiek wariant prawdy, przez wzgląd na historycyzm, nie pozwoli zaistnieć teraźniejszości jaka dzieje się na naszych oczach bez naszego udziału. Po takich rozważaniach, na pozór prezentujących się tylko jako części większego filozoficznego wywodu, Jacek Łukasiewicz przechodzi do kolejnej ważnej dla niego kwestii, czyli konieczności odpowiedzenia na dorobek swych „dawnych mistrzów”, wbrew pozorom nie tkwiących w artystycznym „czyśćcu”, lecz nadal żyjących w powszechnej świadomości ludzi, którym nieobce jest obcowanie ze sztuką wysokich lotów, co poeta ukazuje posługując się szerokim wachlarzem luźnych skojarzeń, akcentujących powagę immanentności piękna: „Filcowa furażerka / i chłodne mocne dłonie / tamtą spóźnioną jesienią, / słoneczną i rozległą”[6]. Pojawiające się przed oczami czytelnika coraz to nowe przykłady melancholii, nie pozostające w żadnych relacjach z pozostałymi, nie są konstatacjami człowieka oswojonego z pustką, lecz duszy ignorującej zasady decorum i emulatio, po to, aby w pełni oddać siebie samego w wybranym tworzywie ekspresji: „Pośród gardeł, fortepianów, wron / jest ten wiersz gwałtownie strudzony. / Wolę szybki bezbolesny zgon, / lecz nieczęste są takie zgony”[7].

Jacek Łukasiewicz w „Rytmach jesiennych” kolejny raz udowadnia, że jest poetą, dla którego nie ma ograniczeń, co szczególnie przejawia się łączeniem klasycznego podejścia do wiersza (np. stosowaniem wspaniale współgrających z treścią rymów) z awangardową kreacją zapierających dech pejzaży, łączących w sobie kilka kategorii znaczeniowych bez żadnych uprzednich ostrzeżeń dla czytelnika: „Miód kasztelański piliśmy na umór / w pustej altanie, gdzie pająk i mech. / A ciężki księżyc wyzbyty rozumu / toczył swój brzeszczot / po przekątnej nieb”[8]. W tej poetyce nie ma miejsca na ruch. Dopiero wtedy, gdy coś stanie się bezczynne może zostać uczynione przez poetę tematem wiersza, czynnikiem uruchamiającym cały mechanizm i pozwalającym na otwarcie się na sprawy fundamentalne, jak np. pozostawiony samemu sobie „brunatno-czerwony metalowy słup”[9]. Owa sakralizacja zwyczajności akcentuje powagę wyobrażeń mających swe odzwierciedlenie w tym, co możliwe do dostrzeżenia w rzeczywistości, wobec czego nazwy i kategoryzacje wydają się zupełnie nie przystawać, m.in. ze względu na tendencję sprzężenia we współczesnych egzystencjach uczuć do niewiele wartych i pozbawionych kontekstów figur retorycznych: „Pytasz mnie, czy coś się stało. «Mnie nie, a tobie?» – odpowiadam pytaniem na pytanie. Sfruwanie kaczek w szuwary jest zawsze trochę komiczne”[10].

Język w warsztacie tego poety jest na tyle zaawansowany i wyrafinowany, że bez problemu oddaje wszystko to, co warte jest oddania i zachowania („unieśmiertelnienia”), gdyż to właśnie los pamięci jest w „Rytmach jesiennych” najczęściej powtarzającą się kwestią, szczególnie w kontekście ograniczeń poezji w ramach oddawania za jej pomocą stosunków przestrzennych: „Jak takie morze / zwęzić chcesz / tak, aby powstał / wąski wiersz?”[11]. Pojawiająca się wobec tego przemijalność odnosi nas do innego sposobu pojmowania rzeczywistości, niż ten praktykowany przez poezję; tutaj upływ czasu, pozostając w ponurej korelacji z obserwowanym w pewnych okresach czasowym zintensyfikowaniem powtarzalności, prezentuje się jako organizm działający na korzyść człowieka: „I tak się posplatało / moje życie całe. / Wkrótce nie będzie grobu. / Groby są nietrwałe”[12]. Jacek Łukasiewicz pokazuje, że zaakceptujemy wszystko to, co istnieje wciąż niezmienne i konwencjonalne, jak to się dzieje w utworze „Dziadek do orzechów”: „Dlatego zwracam się do ciebie, / drogi dziadku, / choć wiem, że nie słyszysz i nie widzisz, / tylko łupiesz i łupiesz / z uporem godnym tej sprawy”[13]. Choć w kreowanym na kartach tego tomu świecie planować można tylko „na jedną noc” do przodu, to w dekadenckim duchu bezzałożeniowego myślenia uważny obserwator-podmiot jest w stanie dostrzec jakieś determinanty, w których widoczne jest miejsce złączenia dwóch autonomicznych części. Mówiąc o problemie ukrytej obecności, przejawiającej się w obrazach przed człowiekiem pozostającym w stanie chorobliwego marazmu i kwestii istnienia bytu nieporównywalnego z innymi, Jacek Łukasiewicz zawsze pozostaje w obrębie swojej perspektywy, niekiedy tylko włączając w nią najbliższe sobie osoby, jakby chciał kolejny raz podkreślić przekonanie odnośnie swojej poezji, która na zawsze pozostanie indywidualnym i odważnym głosem, nie wpisując się przy tym w nurty i większe manifesty poszczególnych „generacji”: „Dlaczego cień / wspomnienia gasi blask? / Nie wróci już, / co się zdarzyło raz”[14].

Poezja Jacka Łukasiewicza swą wyjątkowość zawdzięcza kierowaniu poezji w stronę nazywania „niewyrażalnego”, którym w tym wypadku są uczucia tkwiące w głębi człowieka nie będącego na dodatek świadomym własnej złożoności. Mówiąc o ogromie „Świata, który wyrósł w kropli, / i rośnie, i rośnie”[15] poeta zazdrośnie zawłaszcza swój wycinek rzeczywistości, aby na prawach mariażu klasyki i awangardy mówić o tym, co dręczy jego duszę. Jest to twórczość skierowana do tych, którzy zauważają powszechny upadek, ale w swej wrażliwości są w stanie również dostrzec ułamki dawnego świata, pełnego piękna i melancholii.

Autor: Przemysław K.

Jacek Łukasiewicz „Rytmy jesienne”, Biuro Literackie, Wrocław 2014, s. 76

——————————–

[1] s. 6

[2] s. 9

[3] s. 12

[4] s. 18

[5] s. 23

[6] s. 32

[7] s. 36

[8] s. 37

[9] s. 38

[10] s. 46

[11] s. 47

[12] s. 60

[13] s. 62

[14] s. 70

[15] s. 51

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 63 i 8.

Reklamy
„Każda ściana pobielona, / lampa się chwieje. / Chwila rodzi się i kona, / lampa się chwieje. // Mucha nagle odfrunęła / i mrą nadzieje. / Lata płyną, giną dzieła, / lampa się chwieje”, czyli poeta piszący prozą poszukuje „profilu w muzyce świerszczy i mandolin”, gdyż kongenialność ukryta jest w przemijalności idei piękna