„Surowcem pracy było zawsze tylko błoto, w które tchnąć musiałem więcej niż ducha: proporcję i rytm formy. W udręczeniu, nieporadnie mierzyłem się z zadaniem, którego ostatecznych granic nie widziałem (…); skończoną formę dzieło zyskuje zapewne w ostatniej chwili życia, ale chyba jeszcze później doznaje oczyszczenia, opada zeń wszystko, co niepotrzebne, i wtedy staje się dziełem, organiczną istotą, zdolną do życia całością.”, czyli akustyka sukcesu i aglomeracja jest prowincją w obiektywie pisarza jako „meteorytu oderwanego od pramaterii”

„Wyznania patrycjusza” Sándora Máraia (1900-1989) dopiero niedawno doczekały się pełnowymiarowego wydania w języku polskim. Przyczyną tego nie była jednak opieszałość wydawców, lecz autocenzura. Jako, że jest to książka autobiograficzna, a autor jako bezwzględny realista przekazuje na jej stronicach pełną prawdę, jeden z najbardziej „znieważonych” na jej kartach bohater wytoczył twórcy proces i sąd zakazał sprzedaży powieści w pierwotnej formie. Zatem węgierski prozaik, nauczony doświadczeniem i z obawą przed następnymi konfliktami prawnymi, znacznie zaingerował w jej treść, dzięki czemu pozbawił swoje dzieło tak znaczącej i symbolicznej podstawy formalnej. Składa się ona bowiem z dwóch części, które następnie podzielone były na cztery rozdziały i dwanaście podrozdziałów. Teraz jednak możemy podziwiać to arcydzieło dwudziestowiecznego powieściopisarstwa w pełnej krasie.

Sándor Márai nazywany jest mistrzem węgierskiej prozy realistycznej, co w jego unikalnym przypadku objawia się unikaniem, na każdym poziomie utworu, stosowania awangardowych zabiegów. Jednak „Wyznania patrycjusza” są najwyrazistszym przykładem na to, że jego dokonania stanowią ożywczy głos w dyskusji na temat wartości estetyki mimesis, gdyż podważa w niej wszystkie zasady realizmu, równocześnie wypracowując odpowiednie dla siebie techniki. Eksperymentom ulegał tylko w młodości, ta książka otwiera w jego twórczości fazę dojrzałą. Widoczne jest to już na samym początku, gdy mówi o kwestii dla siebie najistotniejszej, czyli stanie materialnym swojej rodziny, która jako jedna z nielicznych w jego rodzinnych Koszycach mieszkała w dwupiętrowej kamienicy. Bezapelacyjnie jest to autobiografia, choć wiele z jej elementów wydaje się właściwym tylko dziełom z kręgu fikcji. Trudno jednak orzec czy autor zawdzięcza je swojej wspaniałej i kreatywnej wyobraźni, czy właśnie pod wpływem jego pióra przeistoczyły się w coś magicznego i niezwykłego. Wydawałoby się zatem, że realizm – będący oczywistą konsekwencją wybranego gatunku – wręcz zdeterminuje zaistnienie w tej powieści chronologii i czegoś na kształt dystansu do świata opisywanego. Nic bardziej mylnego. Márai, przez czytelników wciąż błędnie kojarzony z tradycjonalizmem, współtworzy tą książką twór zwany powieścią eseistyczną. Dzięki temu może pozwolić sobie na wiele zabiegów nie mających nic wspólnego z realizmem i dlatego dla wnikliwego oka jest kimś bardzo nowatorskim i można nawet powiedzieć: awangardowym w stosunku do – jak mu się niesłusznie wydawało – niedoścignionych klasyków.

Pominąwszy wiele wariancji „Wyznania patrycjusza” traktują przede wszystkim o realiach życia na progu XX wieku, na przykładzie rodziny z tytułowej klasy średniej, która w ówczesnych czasach na Węgrzech była wyodrębniona i stanowiła poważaną przez wszystkich „kastę”. Zgodnie ze swoimi przekonaniami autor mówi o tym, czego sam doświadczył lub o tym, co mógł bezdyskusyjnie zweryfikować i z tego względu czytając tę książkę należy mieć na uwadze, że – pomimo zamiłowania do bycia „historykiem” w powieściopisarstwie – wielokrotnie na przykład perspektywa dziecka, bądź młodzieńca, wprowadza tu zakłócenia, niejasności lub dodaje kolorytu, tak cenionego przez miłośników tego twórcy. Z powodu wspomnianej „eseistyczności” nie jest to opowieść linearna, lecz pomimo to dotyka kwestii istotnych i nie będących „przebłyskami” rzeczywistości. Márai jest tutaj do głębi konkretny i przenikliwy. Mówi o wszystkim tym, co z czasów dorastania wpłynęło na jego dalsze życie, wybrany zawód i powołanie. Czytelnik może się dowiedzieć jak na progu XX wieku postrzegano Żydów, którzy w kamienicy pisarza reprezentowani byli przez dwie skrajnie odmienne rodziny. Oprócz tego już w tamtych czasach autor „Znieważonych” przewidział, jakie niebezpieczeństwa niesie za sobą cywilizacja XXI wieku i mass media. Z mieszczącego się w kamienicy banku uczynił symbol rozprzestrzeniającego się kapitalizmu, który – choć dla dziecka był nieokreślonym gwarantem bezpieczeństwa rodziny – już wtedy zniewalał klasę chłopów kuszącymi kredytami.

W „Wyznaniach patrycjusza” autor dużo miejsca poświęcił przeróżnym indywiduom, na przykład Irmie, siostrze matki, która potem stała się jej macochą, noszącą w sobie „jakąś straszliwą złość”, będącą dla całej rodziny „klęską żywiołową”, „zatruwającą całe otoczenie jadem”[1]. Jak wiadomo połączenie dziwności, którą w sztuce niewiele dzieli od tego, co zwykliśmy określać mianem „normalności” i osobliwej ekstrawagancji w literaturze tamtych czasów, oczywiście przy współudziale talentu, stwarzało dzieła niezwykłe. Pokazywały one, że skupienie się na ekstremach i napiętnowanie ich nie jest krzywdzące dla przedmiotu refleksji, lecz dla odbiorców stanowi nieskazitelny imperatyw do tego, aby wyrugować ze swego życia skłonność do przyporządkowywania się i spłycania swojej egzystencji. Przeczytamy tu o jednostkach, z którymi stykamy się na co dzień, lecz za sprawą Máraia otoczone zostały one nimbem tajemniczości i takiej niezwykłości, która wymusza na człowieku tendencję utrwalenia. Głównym „bohaterem” jest tu walka klasowa. Márai w swej twórczości zawsze zwykł głosić zmierzch mieszczaństwa – pochodzenie było dla niego niesamowicie istotne. Patrycjuszostwo zawdzięczał ojcu, spokrewnionemu z Sasami, natomiast rodzina matki – jej pradziad był młynarzem, a ojciec stolarzem – była bardziej doświadczona przez życie i dlatego pisarzowi przez całe życie towarzyszył szacunek dla ciężkiej pracy fizycznej. Rekonstruuje dzieje przodków wyłącznie po to, aby zauważając podobieństwa, wykazać jak bardzo zmarli nadal w nim „żyją” i są jego immanentną częścią, z tego względu, że mieli pośredni wpływ na jego charakter, zachowanie i wygląd. Ważni są dla niego również współcześni mu krewni, którzy byli dla niego wskazówką do tego, jak pokierować swoim życiem, aby w jego zmierzchu móc poczuć się spełnionym: „Jeden z synów [dziadka] zastrzelił się, bo nie mógł zostać muzykiem, a drugi porzucił gimnazjum, bo wolał zostać rzeźnikiem”[2]. Najbliższym, bo najbardziej nie odpowiadającym jego wyobrażeniom życia w „wielkim świecie”, był mu Ernő, który – gdy z właściwą sobie „ociężałością” i „niedbałością” nie walczył na wojnie – całe życie spędził grając w hotelowych restauracjach lub czytając książki o skomplikowanych działaniach matematycznych. Historii jest tu co niemiara. „Wyznania patrycjusza” opowiadają o niewyobrażalnie bogatym wuju wykładającym prawo, przedziwnej rodzinie, w której wszyscy – dosłownie lub w przenośni – żyli sztuką, niecierpliwym człowieku nadającym wciąż polecone listy ekspresowe do otaczających go ludzi, maniaku szczegółów, rektorze uniwersytetu lub miejscu zamieszkałym przez same panny. Te historie i nieliczne kontakty z tymi przedziwnymi ludźmi ukształtowały jego charakter i postrzeganie świata. Stosunek do literatury zawdzięczał natomiast cioci, dzięki której pierwszy raz w życiu miał okazję poznać „żywego” pisarza.

Koszyce, choć spełniają wszystkie cechy mikroświata, były dla niego w dzieciństwie wszystkim, o czym warto myśleć, mówić i pamiętać. Na kartach tej powieści uczynił z nich wizytówkę tamtej rzeczywistości i dlatego mowa tu o życiu kawiarnianym, radzeniu sobie ze swoją płciowością u ludzi przedwojnia, organizacji życia domowego, o książkach z domowej biblioteki i preferencjach czytelniczych każdego z domowników. Nie sposób przecenić tu takich opisów jak te dotyczące wszechobecnie lekceważonej i krzywdzonej służby, od której w tamtych czasach wiele środowisk było uzależnionych. Wydaje się, że najbardziej absorbujące czytelnika będą nie tyle te fragmenty opowiadające o dorastaniu, lecz te traktujące o stawaniu się pisarzem. Dużą rolę w tej materii odegrała fascynacja mistycznością życia religijnego tamtych czasów oraz wakacyjne zauroczenie przyrodą. Był ministrantem, kształcił się w katolickiej szkole i aż do tego stopnia poczuł się osaczony przez wytykanie przez obcych ludzi swojej duchowości, że w rezultacie porzucił wiarę. W bardzo młodym wieku, przy okazji zabaw w „bandę”, uzmysłowił sobie jak wielkim i nieusuwalnym złem jest pedofilia i zakorzeniona w człowieku chęć podporządkowania sobie innych. To właśnie te przeżycia – im bardziej drastyczne, tym przekazywane w coraz bardziej lapidarny sposób – najbardziej wpłynęły na jego Ja. Jego dzieciństwo było bardzo burzliwe i wielowymiarowe. Już wtedy chciał przeżywać każdą chwilę jak najintensywniej. Jak wielu pisarzy w młodości bezskutecznie poszukiwał akceptacji u rówieśników, co w jego przypadku poskutkowało znęcaniem się nad tymi, którzy chcieli mu pomóc. Z poziomu własnych historii dociera do refleksji bardziej ogólnych, jak te na temat szkolnictwa tamtych czasów, które poza nauką języków obcych w ogóle nie przygotowywało ludzi na doświadczenie wojny.

Wszystko to doprowadziło do wykreowania w jego umyśle nadrzędnej zasady, zgodnie z którą powinien przez całe życie dopuszczać się dezercji, aby pozostać prawdziwie wolnym i móc się rozwijać w pożądanym dla siebie kierunku. Mając czternaście lat – bez wyartykułowania przyczyn tej decyzji – uciekł z domu, jakby obawiając się mających coraz większy wpływ na jego egzystencję abstrakcyjnych pojęć, takich jak śmierć. Z powodu tej niesubordynacji znalazł się w szkole z internatem, która błyskawicznie nauczyła go samodzielności i tego, czym w gruncie rzeczy jest niesprawiedliwość.

Część pierwsza „Wyznań patrycjusza” skupia się na rozwoju wyłącznie pod względem fizycznym i dostosowywaniu się, co – jak się później okazuje – jest zupełnie niemożliwe, a nawet absurdalnie wręcz surrealistyczne. Opowieść o trudnościach z jakimi radzić sobie musi ignorowane przez rzeczywistość dziecko, jeżeli chce interpretować świat nie tylko jednopłaszczyznowo, jest to tylko preludium do części drugiej, w której główne miejsce zajmie tak ukochany przez pisarza, nie tylko w literaturze, motyw ucieczki i wyobcowania. Mowa tu więc o emigracji. Márai swą historię rozpoczyna od Lipska, gdzie nie znając jeszcze zamiłowania do „bicia rekordów”, pod pozorem studiowania, koncentrował się na marzycielstwie. Zgodnie z zasadą „Kto się boi, ten krzyczy”[3] oddał się bezwarunkowo dziennikarstwu, w czym można upatrywać źródeł jego późniejszego realizmu w prozie. Praca w czasopismach pokazała mu, że pociąga go tylko „niezrozumiałość, chaotyczność świata”[4]. W tym okresie, jako korespondent i reportażysta, podróżował do postrewolucyjnego Monachium oraz Weimaru, gdzie obcował z atmosferą geniuszu swego mistrza Goethego. Później, we Frankfurcie, rozpoczął współpracę ze słynnym „Frankfurter Zeitung”, która uświadomiła mu, jak rozległy jest świat i pozwoliła rozwinąć się pod każdym względem. Potem przyszła pora na Berlin, czyli okres „dandyzmu”, największego wyobcowania i pełnowymiarowej młodości. To tam poznał jakimi prawami rządzi się inflacja, dzięki której mógł stać się jednym z niewielu dostępujących luksusów tamtego świata oraz zawiązał prawdziwe przyjaźnie, w przypadku pisarzy uświadamiające konieczność otwarcia się na przestrzeń i formułowanie myśli. Później było małżeństwo, alkoholizm, zauroczenie poezją i Paryż, równocześnie ukochany i znienawidzony. W pierwszej fazie w tym ogromnym mieście i wydawałoby się utopii dla artystów „nudził się bezwstydnie, straszliwie, w sposób nie do opisania”[5]. W końcu znów trzeba było uciekać, wyswobodzić się z tej dobrowolnej matni. Już bez towarzystwa Loli zamieszkał we Florencji, gdzie miał okazję zapoznać się ze środowiskiem faszystów. W tamtym czasie, we wczesnej odmianie, jego entuzjazm wydawał się autorowi jeszcze zrozumiały. Tym bardziej, iż kierował nim Mussolini, człowiek oferujący swemu narodowi wizje postępu o „energii stu koni mechanicznych”[6].

Za moment jednak powrócili do Paryża. To właśnie wtedy rozpoczął się złoty okres w młodości Máraia. Przestał się ukrywać, otworzył swe zmysły na rozległą przestrzeń, zaczął doświadczać francuskiego życia w pełnej krasie, ponieważ wciąż dręczyło go permisywne przekonanie, że wystarczy chwila nieuwagi, aby ominęło go coś istotnego. Pisał reportaże, nieprzewidywalne felietony i samochodem zwiedzał kraj, który przeistaczał się na jego oczach w utopię wręcz stworzoną dla kogoś takiego jak on, obarczonego niespokojną duszą i pragnącym oddać się bezgranicznie pisarstwu. Już wtedy talent do obserwacji pozwalał mu zbywać milczeniem zewnętrzną powłokę rzeczy i operować wyłącznie tym, co kryło się w samym sednie. Trafność jego ocen do dziś zaskakuje otwartością, bezpośrednim podejściem do życia i unikaniem wdawania się w asocjacje. Te najintensywniejsze w jego życiu doświadczenia otworzyły go na szeroki świat, poszerzyły horyzonty. Zwiedzał jak najwięcej tylko mógł, zauroczony Damaszkiem, w którym wreszcie pozbył się wszelkich ograniczeń i uświadomił sobie czemu ma poświęcić swoje życie. Po tym wszystkim historia zatoczyła koło i autor powrócił na Węgry, tym razem do Budapesztu. Jego twórczość była bezpowrotnie osadzona w języku węgierskim, zatem tylko tam mógł stworzyć coś wartościowego. W tej materii jest na tyle dosadny i metaforyczny zarazem, że każda z jego wypowiedzi na ten temat świadczy nie tyle o jego świadomości pisarza-kreatora operującego tkanką słów, lecz przede wszystkim o potędze Literatury, jako unikalnego rozejmu pomiędzy Formą i Treścią w Sztuce. Dla niego było to „zbliżanie [się] do tej drugiej rzeczywistości, do tego mniejszego świata”, gdzie mógł wreszcie „sylabizować codzienność” i rozpocząć „wieczny dialog”[7].

„Wyznania patrycjusza” pokazują jak bardzo duży wpływ na życie Sándora Máraia miało traumatyczne dorastanie. Od tego czasu oscylował pomiędzy pragnieniem pozostania na „marginesie społeczeństwa” i koegzystowaniu ze zbiorowością, z którą mogłaby łączyć go jakaś idea, bo to idee były dla niego najistotniejsze, nie tylko w pisarstwie. Równie często spotykał się z wyobcowaniem, jak z urzeczywistnieniem tezy, że „kategoria czasu nie ogranicza wspomnienia”. Stawanie się dojrzałym człowiekiem w świetle tego jest tutaj zaprezentowane jako droga przez mękę, w czym należy dopatrywać się źródła późniejszych zarzutów wysnuwanych wobec młodości, która wbrew założeniom w ogóle nie odpowiedziała mu na pytanie „Jak żyć?”, lecz koncentrowała się na niekonstruktywnym stwarzaniu linii demarkacyjnych pomiędzy panami a ubogimi. Z każdej strony tej książki emanuje niezrozumienie wobec tego, jak można było tak kształcić młodych ludzi, aby wyobrażali sobie społeczeństwo jako bezwartościowy „surowiec”, czyli „bezkształtny i nieczysty tłum”[8], który obecny był w prywatnych dysputach jako coś, o czym warto myśleć tylko w kontekście jego pragmatyczności.

Márai nie waha się tu przed niczym, nawet przed pozbyciem się jakichkolwiek pozorów. O sobie mówi jako o „człowieku tchórzliwym, słabym i neurotycznym”[9], ciągle poszukującym stanu i miejsca nie wymagającego samookreślania. To była cena jaką musiał zapłacić za swe pisarstwo, determinujące ciągłe „utrzymywanie serca, nerwów i świadomości w wyższej od przeciętnej, niemal palącej temperaturze”[10]. Nauczony doświadczeniem poszukiwał szczęścia w drobnostkach, ignorując męczącą go dotychczas „duszną prowincjonalność”. Rozwój warsztatu w tym wypadku był kwintesencją poglądu, że „Pisarz żyje i tworzy z trudem, w męce”[11]. Wrażenie to łagodziło tylko przekonanie o uniknięciu „śmiertelnego niebezpieczeństwa” jakie niosła za sobą wojna, która w jego osobie obudziła odpowiedzialność najwyższej próby, konieczność walki z „rozpadającą się na części cywilizacją”[12]. To wtedy zrodziło się w nim poczucie misji jako „pryncypium”. Pomogło mu to dokonać reinterpretacji pisania samego w sobie, będącego w konsekwencji tych procesów „postawą moralną” i poszukiwaniem człowieka. Tylko dzięki realizmowi mógł zatrzymać czas, zachować to, co zniknęło za jego życia. To wszystko było jednak zniekształcone, jak sam pisał: „Na swój dziecinny sposób i ja przeżyłem wojnę i rewolucje; ale ten historycznie interesujący czas przesiał się przeze mnie, nie pozostawiając ani jednego wspomnienia; pewnie nie miałem z nimi nic wspólnego, myślałem zapewne wówczas o czym innym”[13]. Wspomniana indywidualność w zmaganiach z narzuconą sobie autorytarnie odpowiedzialnością wielokrotnie zaważyła na jego życiu – w pewnym momencie poczucie ciągłego zagrożenia, na dodatek nie mającego żadnego rzeczywistego odpowiednika, doprowadziło do skierowania się w stronę alkoholu i narkotyków, co prawda kuszących wielu artystów nowymi perspektywami, jednak mającymi nieodwracalny i destrukcyjny wpływ na system nerwowy. On jednak przez większość swojego życia ulegał innej, o wiele groźniejszej w tym wypadku, używce – dziennikarstwu, któremu zawdzięczał wiele, jednak ta forma wyrazu skradła mu zbyt dużo – jak później oceniał – cennych lat: „Mijały lata, napisałem tysiące artykułów, każdego dnia jeden, dwa, bo maszyna o północy ruszała”[14]. Ten okres jednak się (na szczęście) zakończył i Márai „przestał bezwarunkowo wierzyć, że to właśnie (…) [on] ma zlikwidować w świecie wszelkie chamstwo, podłość i oszustwa”[15].

Z tych powodów to książka nade wszystko o życiu pisaniem. Máraia poznajemy tu jako posiadacza zbyt dużego talentu, który nie mógł sprowadzić się do ograniczonej fizyczności i dlatego pisarz stwierdza, że „Bardzo trudno jest znieść życie bez środków odurzających”[16]. Tworząc walczył z enigmatyczną raną odniesioną w dzieciństwie, która do czasu zapoznania się z dorobkiem psychoanalityków, jawiła się mu jako abstrakcyjna ścigająca go figura. Później przypominała tylko pamiątkę po dawnym tyranizowaniu przez „okaleczony charakter”: „Ów lęk – atmosfera wszelkich neuroz – kłębi się gdzieś w głębi duszy, nie potrafimy czegoś przyjąć, jakiegoś wspomnienia czy pragnienia, i protestujemy przeciw własnej bezsilności”[17]. Z perspektywy tego typu intymnych rozważań, przechodzi do kreślenia portretu mieszczaństwa, które w czasach jego młodości tworzone było przez uzupełniające się nawzajem środowiska Żydów i chrześcijan. Motyw zadziwienia faktem, że Żydzi w tamtych czasach byli „uznawani” przez ogół i po prostu poważani za swe zasługi dla społeczeństwa, jest w jego twórczości przecież obecny już od pierwszych książek i nie mogło go zabraknąć także w „Wyznaniach patrycjusza”.

Był marzącym o eksterytorialności samotnikiem z wyboru, kwestionującym każdy pewnik i wciąż „niewiernym wobec wszelkich programów, wywodów i namów, z jakimi inni zwracali się do (…) [niego], chcąc (…) [go] przekonać, skusić”[18]. Był artystą pełnowymiarowym i nie znającym takiego pojęcia jak bezdyskusyjna prawda. To, co w jednym momencie uznawał za nadrzędną zasadę, w innym postrzegał jako kłamstwo i iluzję. Tylko dlatego jego trudny charakter pozwalał mu na uczestniczenie w spotkaniach w legendarnych kawiarniach na Montparnasse, gdzie wraz z towarzyszami tworzył „po prostu część obojętnego i mądrego uniwersalizmu Paryża”[19].

O każdym swym przodku wyraża się z taką samą atencją, każdego ceni za wkład jaki mieli w jego osobowość i naturę. Kto wie, może gdyby wszyscy w jego rodzinie byli intelektualistami, to dziś nie moglibyśmy czytać dzieł takiego geniuszu jak Márai? Z tego natłoku, w którym nawet sam zainteresowany nie jest w stanie odnaleźć choć namiastki harmonii, wyłania się przekonanie, że choć z rodziny „pozostały (…) imiona, fotografie, czyjeś usta, czyjeś oczy, czyjeś gesty, kilka sztuk mebli i czasem, w labiryncie splotów nerwowych niejasne i kłopotliwe przeczucie, że człowiek nie jest całkowicie samotny, ma coś wspólnego z tą materią i siłą, którą osobiście otrzymał w darze i którą ma obowiązek osobiście przekazać dalej, przez potomków lub czyny”[20]. W dzisiejszych czasach wielu artystów, egoistycznie i nieświadomie, przekonanych jest o swojej niezależności. To właśnie Márai wprowadza do współczesnego dyskursu o pisarstwie tezę, iż pisarz – wbrew temu, co podpowiada intuicja, niczego nie zawdzięcza sobie – lecz rodzinie lub w perspektywie bardziej ogólnej wszystkim tym, którzy tworzyli przed nim.

Główną siłą tej powieści jest sam styl narracji. Autor posługuje się obszernymi zdaniami w zupełności absorbującymi uwagę czytelnika. Tam, gdzie wielu powieściopisarzy zastosowałoby kropkę, on namiętnie wykorzystuje średnik, jakby chcąc uczynić ze swego życia nierozerwalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Poza tym zaskakuje tu, że nie jest on hagiografem w stosunku do własnej przeszłości, gdyż nade wszystko interesuje go realność teraźniejszości, a w szczególności to, co funkcjonuje w niej jako pamiątka lat ubiegłych. „Wyznania patrycjusza” to powieść totalna. Autor jak nikt przed nim i niewielu po nim na płaszczyźnie jednego utworu mówi o dorastaniu jako o wewnętrznym poszukiwaniu przeznaczenia, o epoce przerażenia, strachu i podejrzliwości; o upadku idei, w które z takim zapałem uczono go wierzyć w dzieciństwie. Choć napisał ją w bardzo młodym wieku stanowi ona pewnego rodzaju pożegnanie z przeszłością, gdyż wręcz na każdej stronie Márai ubolewa nad czasem, w którym ludzie musieli „kryć się w katakumbach, jak średniowieczni mnisi, którzy chronili przed zwycięskimi wandalami tajemnicę Litery”[21].

Nic mu nie umknęło. O jego niepowtarzalnym mistrzostwie świadczy to, że w tak niespokojnych dla młodego ducha czasach był w stanie pisać z taką samą intensywnością i zaangażowaniem o różnicach w sztuce poszczególnych europejskich narodów, z których każdy specjalizował się w jakiejś dziedzinie, a on sam pragnął pozostawania ponad wszelkimi granicami, także tymi niematerialnymi; jak i o obojętności na zło i niesprawiedliwość społeczeństwa, które przez doświadczenie wojny stało się nie tyle nieczułe na codzienną egzystencję, lecz także na wyższą duchowość i sztukę.

Wypada tylko wyrazić ubolewanie, że Sándor Márai nigdy w pełni nie był świadomy potęgi swego geniuszu. Dopiero w kilka lat po jego samobójczej śmierci Europa zaczęła się nim zachwycać.

Autor: Przemysław K.

Sándor Márai „Wyznania patrycjusza”, przekład, wstęp i posłowie: Teresa Worowska, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2014, s. 520

——————————–

[1] s. 93

[2] s. 99

[3] s. 273

[4] s. 278

[5] s. 378

[6] s. 393

[7] s. 463

[8] s. 199

[9] s. 211

[10] s. 212

[11] s. 285

[12] s. 286

[13] s. 336

[14] s. 475

[15] s. 478

[16] s. 363

[17] s. 365

[18] s. 390

[19] s. 412

[20] s. 144

[21] s. 493

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 484-485 i 317.

Reklamy
„Surowcem pracy było zawsze tylko błoto, w które tchnąć musiałem więcej niż ducha: proporcję i rytm formy. W udręczeniu, nieporadnie mierzyłem się z zadaniem, którego ostatecznych granic nie widziałem (…); skończoną formę dzieło zyskuje zapewne w ostatniej chwili życia, ale chyba jeszcze później doznaje oczyszczenia, opada zeń wszystko, co niepotrzebne, i wtedy staje się dziełem, organiczną istotą, zdolną do życia całością.”, czyli akustyka sukcesu i aglomeracja jest prowincją w obiektywie pisarza jako „meteorytu oderwanego od pramaterii”