„Gdzie jestem, gdzie? W imieniu może jakimś? / Co mnie okrywa tak jak obraz nagi / okrywa rama w strachu, że jej zniknie.” i „(…) bo nikt dla swojej współczesności / nie będzie mędrcem. Jej zaszłości / są dla mądrego zagadkami”, czyli wirtuoz marzycielstwa i geniusz literatury w każdym calu

Prowadzony od 11 lipca 1898 r. do 26 września 1900 roku „Dziennik schmargendorfski” – opublikowany niedawno po raz pierwszy w Polsce w całości – to najbardziej ceniony diariusz spośród trzech autorstwa Rainera Marii Rilkego (1875-1926) dokumentujących metamorfozę jego artystycznej osobowości z młodzieńczej w dojrzałą. Choć znamy jeszcze „Dziennik florencki” (od kwietnia do lipca 1898 r.) i „Dziennik z Worpswede” (od września do grudnia 1900 r.) to właśnie ten jest najciekawszy, ze względu na kalejdoskopowość przekazu (proza jest tu co chwilę zastępowana przez liczne utwory liryczne), duże nasycenie przez wszelakiego rodzaju sensy oraz najbardziej dosadne zasygnalizowanie z jakiego formatu twórcą będziemy mieć do czynienia w późniejszych latach. Żaden z nich nie powstałby gdyby nie postać Lou von Andreas-Salomé, znanej przede wszystkim z licznych nieformalnych związków z przeróżnymi mężczyznami, wśród których były takie sławy jak Gerhart Hauptmann (laureat literackiej Nagrody Nobla w 1912), Fryderyk Nietzsche i właśnie Rainer Maria Rilke. Klasyfikacja ich uczucia i fascynacji od wielu lat nurtuje wielu badaczy, jednak to nie genetyzm jest tutaj istotny, lecz fakt, iż „Od spotkania z nią zaczęła się jego twórczość dojrzała, osobista, pozbawiona manieryzmów”[1]. Dziennik ten w rzeczywistości jest listem, czy też wielopoziomową apostrofą do Lou, a nawet rozmową z nią, gdyż Rilke przeformułował ten gatunek, czyniąc z niego wręcz notatnik, w którym zapisywał swe wiersze i opowiadania o różnym stopniu zaawansowania twórczego oraz poszczególne zdania i refleksje stanowiące zalążek do czegoś większego. Wpływ tego enigmatycznego związku na twórczość jednego z najwybitniejszych niemieckich pisarzy przełomu XIX i XX wieku jest więc nie do przecenienia, gdyż Rilke od tego czasu zaczął „nasycać ją życiem” i pozbawił ją „pretensjonalności i manieryczności”, z których powodu jego pierwsze tomiki wierszy zostały zupełnie zbyte milczeniem.

Ze względu na to wszystko Rilke niniejszy dziennik-list określa mianem „uliczek dla (…) słów”[2] Lou, której podporządkowane jest tu wszystko. Z pewnością uważny czytelnik zaobserwuje, że to nie „ukochana” jest tutaj najintensywniej obecna, lecz przedmioty (niekiedy utożsamiane z myślami), będące dla tego poety kluczową inspiracją. Już tutaj ubolewał nad tym, iż tendencją we współczesnych dla niego czasach było przywiązywanie zbyt dużej wagi do tego, co przelotne. W jego przekonaniu najwartościowsze są te, które los sam ofiarowuje, będące z reguły „większe i dziwniejsze niż zwykle”[3], co czyni z nich pożądany przedmiot refleksji poetyckiej. Już jako dziecko obserwował „zwyczajność” (np. spływające rzeką wyroby z drewna) i oczekiwał na „coś niezwykłego”. Tym samym Rilke już w pierwszych zdaniach tego dziennika jawi się jako poeta teraźniejszości, ponieważ – jego zdaniem – porzucając przeszłość równocześnie odrzuca się zniekształcającą perspektywę całego społeczeństwa („mas”) i tylko wtedy – za pośrednictwem wiwisekcji „poważnych i spokojnych sił”[4] – można dotrzeć do prawdziwego sedna rzeczy: „Po co podsłuchiwać oddechy dnia wczorajszego i przedwczorajszego – oba śpią przecież – podczas gdy dzień dzisiejszy czuwa?”[5]. Już w tak młodym wieku ujawnia się jego geniusz i przenikliwość, gdy ludzi żyjących tym, co przeszłe nazywa „fałszywymi arystokratami” lubującymi się w beztrosce, którzy powinni raczej zająć się „kultywowaniem własnych możliwości”[6]. Jako jeden z nielicznych jest w stanie dostrzec wielowymiarowość różnych aspektów ówczesnych czasów pisząc: „Czuję w sobie wielką tęsknotę za czasem minionym. Nie chcę o nim rozmyślać. Ale chcę przeżywać jego wartość na współ nieświadomie w rzeczach, które teraz mnie otaczają. Nigdy nie opuści mnie smutek wywołany tą stratą”[7]. Rilke jest tutaj „poetą nocy”, gdyż tylko o tej porze stanowiącej „czas tak szczęśliwy dla ludzi”[8] – jest o tym dogłębnie przekonany – powstają „prawdziwe dzieła”. Tylko wtedy intymność, irracjonalność i możność manipulowania perspektywą łączą się w coś prawdziwe prawdziwego, bez względu na proporcje. Dlatego przeważająca większość jego utworów z tego dziennika powstają w nocy, czym wyjaśnić można ich mistrzowską tajemniczość.

Poeta jest tutaj „struną”, która dzięki „rozbrzmiewaniu” i wydawaniu dźwięków powołuje świat do istnienia. Choć otaczało go wielu ludzi i w każdej chwili mógł skontaktować się z bliską sobie osobą, sam skazywał się na samotność, jakby chciał uczynić siebie bohaterem jednego ze swoich wierszy (powstałym prawdopodobnie jako odpowiedź na „Miss solemnis” Beethovena), w którym przeczytamy, że „Tym co stają się, czas jest niechętny, / bo czas samym jest rozkładem przecież. / Rosnąć możesz tylko w nadprzeciętnym, / być samotnym tylko we wszechświecie”[9]. Nie zawsze jego charakter pozwalał mu na taką bezpośrednią izolację. Niekiedy przyjmowało to formy bardzo dotkliwe. Nawet zorganizowanie dużego przyjęcia nie pomagało mu uporać się ze swoją trudną naturą pragnącą przeżywać: „Byłem nieprawdopodobnie samotny. Wydawało mi się, że słowa wcale się do mnie nie zbliżały, jakby zawsze tylko krążyły wokół śmiejących się postaci”[10]. Jeżeli już pragnie kontaktu to wybraną przez siebie osobę chce mieć na „wyłączność”. W przeciwnym wypadku „osamotnienie” i „bliskość” niemiłosiernie osaczały i czyniły z niego osobę stroniącą od ludzi. Był człowiekiem literatury w każdym możliwym znaczeniu, tylko słowo prezentowało dla niego wartość najwyższą, dlatego zawsze dążył w kierunku nieokreślonego i nieskończonego: „wszystko, czego doświadczyłem, staje się wyrazem tego, co leży daleko poza doświadczeniem”[11].

„Dziennik schmargendorfski” przedstawia Rilkego jako filozofa – to od tej książki zaczyna się jego „własne życie”. Przejawia się to na przykład w formułowaniu takich tez, jakoby pojawienie się na świecie nie było tożsame z „zaistnieniem”, ponieważ aby być trzeba najpierw odnaleźć w sobie zdolności do darzenia kogoś nienawiścią i udawania, czyli przybierania masek. W taki oto sposób kształtuje siebie na artystę słowa. Definiuje zmysłowość, przypadek (w kontekście samotności) oraz zapomnienie (jako stanowienie o istnieniu), co wiele jest nam w stanie powiedzieć o jego ówczesnych dokonaniach literackich. Wybrana konwencja i charakter nie pozwalają Rilkemu na zbyt szczegółowe mówienie o uczuciu do Lou i innych kobiet. W przypadku tej pierwszej jest najbardziej konkretny, gdyż każda jego „dobra chwila” będzie determinowana przez jej „uśmiech”, słowa przez nią wypowiadane będą mu się przedstawiać w wyobraźni jako „drzewa ciche i uroczyste”, a samo jej spojrzenie – czyli coś do czego przywiązywał szczególną rolę – będzie mu się urzeczywistniać jako „studnia”. Nie byłby jednak poetą, gdyby nie było związane to z niepewnością i przeczuciem obcowania z czymś iluzorycznym, aż do tego stopnia, że pisze: „Kto wie: może nawet Wenecja jest tylko uczuciem”[12].

W języku polskim bardzo trudno znaleźć jakiś spójny wybór utworów Rilkego. Dlatego „Dziennik schmargendorfski” jest tym bardziej cenny, bo zawiera wiele jego tekstów prozatorskich, na przykład szkic słynnej, nigdy nie zrealizowanej, „powieści wojskowej” oraz miniaturę o „wieczorze pełnym młodych mężczyzn w ciemnym pokoju”[13], gdzie został dokonany unikatowy opis niesamowitej siły stwarzanej przez muzykę. Jak wielu presymbolistów tamtego okresu duże znaczenie przypisywał ukazywaniu w literaturze uczuć za pomocą obrazów. W jego przekonaniu tylko wtedy – po fakcie – pozostaną one nadal udziałem artysty, staną się nieśmiertelne. Jak pisze w wierszu z 2 grudnia 1899 roku: „Co w nas zasypia, w rzeczach czuwa dalej, / z nich ciemne oczy patrzą na nas stale, / pilnie się naszym przyglądając się czynom: / to rzeczy trwają, nasze życia płyną…”[14]. Jest to zrozumiały oddźwięk w stosunku do wspomnianej już tutaj szczególnej atencji Rilkego-poety do przedmiotó­w. „Dziennik schmargendorfski” w tej materii jest także manifestem, gdyż autor deklaruje w nim, że jego pisarstwo nieodłącznie związane jest ze sprzeciwem wobec nieokreślonych sił, nie pozwalających mu dotrzeć do „piękna rzeczy” bez uprzedniego zaobserwowania „wyjątku”. Dlatego wprost mówi, że wszystko to, co ma miejsce we wszechświecie to „wędrującej ręki Boga cienie”[15]. Równocześnie jest świadomy, iż całość podlega jego percepcji interpretatora. To od niej i jego możliwości intelektualnych w rzeczywistości zależy czy coś zostanie uznane za „piękne” bądź „niepiękne”. Jednak w tym systemie nie istnieje takie pojęcie jak „dyskwalifikacja” jakiegoś przedmiotu, ponieważ wiersze nie mogą odnosić się wyłącznie do sfery sacrum lub czegoś uznawanego za najpiękniejsze. Również dzięki tego typu wyznaniom zrozumiałe jest u Rilkego tamtych czasów wszechobecne poczucie „przytłoczenia”. Siła jego młodzieńczej poezji wynikała przecież z oparcia się o szczegół (w tej najbardziej okrojonej formie). Jak sam pisał: „mnóstwo nowych zainteresowań pojawiło się w moim życiu, które i tak jest zbyt ciasne na wszystkie te coraz liczniejsze doświadczenia przychodzące do mnie niespodziewanie dzięki rzeczom”[16]. To właśnie dzięki takim technikom – zgodnie z tezą, że „każdy dzień musi mieć sens”[17] – i za sprawą mistycyzmu, spiętrzaniu abstrakcyjnych znaczeń i wyłącznie literackiej perspektywie optymisty już w młodym wieku docierał do samych granic języka i zrozumienia.

„Dziennik schmargendorfski” to wielobarwny kolaż. Poza wymienionymi korzyściami dla przyszłych utworów Rilkego, wynikających z uzewnętrzniania się na jego kartach, zaznaczyć także należy, że podczas opisywanego w tym tomie pobytu w Worpswede zetknął się z osobą niezwykle sobie potem bliską – Klarą Westhoff, swoją przyszłą żoną. Walorów tej książki jest nieskończenie wiele. Poeta mówi tutaj o starzeniu się, znaczeniu metamorfozy chłopca w mężczyznę, zauroczeniu pięknem świata, przyjaźni, środowisku literacko-artystycznym tamtych czasów, a przede wszystkim skupia się na sztuce grupy Worpswede – w Polsce zupełnie nieznanej.

Współcześni nie rozumieli go. Dziś niewiele się zmieniło. Niezaskakujący objętością mistrzowski „Dziennik schmargendorfski” przeraża rozłożystością wachlarza poruszanych tematów. Wręcz każda fraza zapisana na tych stronicach mimowolnie została stworzona do cytowania i podawania za wskazówkę ze względu na swoją dokładność, przenikliwość, dosadność i aktualność. Rilke odpowiada tu na wiele pytań współczesnej sztuki, które w obecnym czasie formułowane są ad hoc, bez zastanowienia i zwrócenia uwagi na kontekst. On już ponad stulecie temu przewyższył wielu z nas swoim geniuszem.

Autor: Przemysław K.

Rainer Maria Rilke „Dziennik schmargendorfski”, przełożył i opatrzył wstępem: Tomasz Ososiński, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2013, s. 176

——————————–

[1] s. 9

[2] s. 27

[3] s. 28

[4] s. 29

[5] Tamże

[6] Tamże

[7] s. 107-108

[8] s. 75

[9] s. 87

[10] s. 130

[11] s. 154

[12] s. 39

[13] s. 41

[14] s. 80

[15] s. 78

[16] s. 82

[17] s. 69

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 68 i 95.

Reklamy
„Gdzie jestem, gdzie? W imieniu może jakimś? / Co mnie okrywa tak jak obraz nagi / okrywa rama w strachu, że jej zniknie.” i „(…) bo nikt dla swojej współczesności / nie będzie mędrcem. Jej zaszłości / są dla mądrego zagadkami”, czyli wirtuoz marzycielstwa i geniusz literatury w każdym calu