„oczami twoimi klaszcz aż spadnie zasłona”, „oko wewnątrz oka. / Za ekranem jego druga źrenica”, czyli poeta jako oko w emanacji fraktalnej liberatury

Opublikowane niedawno „Powieki” autorstwa konceptualisty liberatury Zenona Fajfera (rocznik 1970) to wręcz manifest programowy i najpełniejsza jak dotychczas kwintesencja tego rodzaju literackiego. Po wydaniu kilku dzieł wraz z Katarzyną Bazarnik, w których Forma wreszcie zrównała się z Treścią, teraz przyszła pora na kolejną, tym razem osobistą, analizę fenomenu oka szukającego sensu, hipertekstu zdolnego pomieścić wszystko i igraniu z człowiekiem po drugiej stronie, nie będącym już czytelnikiem lecz (współ)twórcą i demaskatorem sensów.

Na oczach czytelnika poeta w tym tomie kreuje nową, alternatywną i teoretycznie lepszą rzeczywistość, związaną w nikłym stopniu ze znanym nam systemem znaków i symboli. Wobec tego wszystkim odbiorcom zaleca zamianę dotychczasowych technik percypowania świata na „improwizację”, którą tutaj możemy rozumieć jako łączenie klasycznych dzieł literackich (stąd występują tu jawne aluzje do Herberta i Norwida) i heroicznego pławienia się w tradycji w walce z postindustrialną przestrzenią. Bez wątpienia w tym nowym świecie rządzi „Abstrakcja”, a sami ludzie skazani są na uleganie hologramom i iluzji. Poddanie się zachodzącym w nim procesom skutkować może wyłącznie unicestwieniem, koniecznością imigracji, czyli staniem się „mikrobem” i „czymkolwiek”, co zmuszone będzie w konsekwencji do stania się kimś innym. W „Powiekach” objawia się to na przykład przetransformowaniem znanego wszystkim mitologicznego rogu obfitości w bardziej osiągalny i niezwykły w swej prostocie „obfitości rogal” lub leśmianowskiego „malinowego chruśniaka” w „malignowy chruśniak”. Wręcz w każdym swym wierszu Zenon Fajfer stara się dociec gdzie tak naprawdę znajduje się granica estetyzmu. Dlatego czytając te utwory możemy zetknąć się ze wszystkim na co pozwoli nam nasz umysł, nawet z „roztworem eposów”. Poza tym jest to poezja pytań zadawanych elementom nieożywionym, które rzecz jasna nie są w stanie odpowiadać, lecz wyręcza je w tym wspomniana już „Abstrakcja” lubująca się w łączeniu słownictwa filozoficznego z wulgaryzmami. Może to świadczyć o głoszonym przez te wiersze dekadentyzmie, który niegdyś był bardzo popularny i komentowany w literaturze, a dziś stał się do tego stopnia wszechobecny, że mało kto zdaje sobie sprawę z jego istnienia. Choć pojawiające się w kluczowym momencie pierwszej części „Powiek” intrygujące „fosforyzujące ryby” z emfatyczną miłością zwracają się (oczywiście z pomocą pośrednika) do otaczającego je świata to niespodziewanie, wraz z rybakami, umierają nawet wbrew temu, że jakaś istota wciąż „siecią targa”[1]. Wydaje się to być kreacją nieuchronności przeznaczenia człowieka do pozostawania pomiędzy „anodą” i „katodą” lub „matką” i „ojcem”[2] równocześnie i wbrew tradycji. Na przekór stwierdzeniu, że to właśnie „tchnienie / rozpuszcza / ostatni / poeta”[3], słowo bezwzględnie wygra w potyczce z ekranem, który bardzo szybko i niepostrzeżenie może zostać unicestwiony przez fatum „kruszonego / szkła”.

Kondycja współczesnego człowieka przedstawiona została tutaj jako wyprzedzająca technologicznie swą katastrofę. Dlatego świat przedstawiony wciąż ewokuje i prowokuje ciągłym kuszeniem odbiorcy tekstu licznymi relacjami z obserwacji. Nic nie jest tu pewne, gdyż surrealizm pochłania wszystko to, co mogłoby wydawać się uchwytne, jak motywy obecne w sztuce już od stuleci. Nawet Eden na kartach tego tomu przestał istnieć, a marzenia naukowców o podporządkowaniu sobie rzeczywistości zostały pogrzebane ze względu na „smugę / upadku”. W świecie tu wykreowanym tylko pisanie wydaje się być czymś odpowiednim dla człowieka, choć zbyt kuszącym, aby oferowało w rezultacie obiektywne wizje. Pomimo, że zebrane tu wiersze wydają się być autonomicznymi utworami, to w gruncie rzeczy, za sprawą wpisania ich w koncepcję hipertekstu, są nieskończonym i niepojmowalnym ciągiem znaczeń i wzajemnych odniesień, co czyni z „Powiek” tom, którego nie można przeczytać, lecz panoramę świata, którą należy się cyklicznie rozkoszować.

Fajfer jawnie tutaj konfrontuje siebie i czytelnika z zastanymi schematami myślowymi. Wszystko to, co wydawać się może igraniem z kontrowersją – wkroczeniem tam, gdzie jeszcze nikogo nie było – po dłuższym namyśle staje się czymś normalnym, codziennym i nie zakłócającym przekazu. O to przecież chodzi w li(t/b)eraturze, której głównym celem w XXI wieku powinno być wytyczanie nowych ścieżek, które za moment staną się punktem odniesienia dla wielu eksperymentów. Dlatego „Powieki” najbardziej urzekają swoją dwupłaszczyznową dialogicznością. W wymiarze wewnętrznym polega to na łączeniu zdarzeń abstrakcyjnych z realnymi. Natomiast w zewnętrznym głoszeniu zmierzchu przeszłości, ponieważ nie będzie już nowych „Wielkich Improwizacji”, gdyż ich miejsce bezpowrotnie zajmą „nowe e-manacje”[4] takich twórców jak Zenon Fajfer, których w naszym kraju poetów nie ma niestety zbyt wielu.

Wobec nieaktualności i nieprzystawalności dotychczas eksplorowanych klasycznych motywów literackich Zenon Fajfer stwarza własne, właściwe tylko sobie toposy, które w obrębie całego tomu nadrzędnie rozwijają się i kreują kolejny poziom semantyczny. Za sprawą tego obecne czasy stają się epoką powszechnej sterylizacji, „indeksacji” i „zachipienia”, w którym rządzą odhumanizowane automaty, indeksy giełdowe oraz „Alt / klawisz omega”[5]. Dominanty tych wierszy jest tak wiele, że aż trudno ustalić ostatecznie zakres ich zbiorów, co jeszcze bardziej uwydatnia fakt czynienia przez Zenona Fajfera literatury jako artystycznego odpowiednika fraktalu, w którym części do złudzenia są miniaturami całości, a nieskończone detale są zawsze wyraźne, bez względu na moc soczewki z jakiej skorzystamy. Nie jest to zatem dzieło w pełni autonomiczne, ponieważ wszechobecne są tutaj aluzje do innych dzieł liberaturowych: „Spoglądając przez ozonową dziurę”[6], „Opatrzenia”[7] oraz do „Oka-leczenia” ze względu na determinowanie całości przez oko.

Jest to książka „angażująca”, gdzie bez aktywnego udziału czytelnika nie pojawi się żaden sens. Równocześnie z jej każdego wersu emanuje przerażenie o tym, że bardzo szybko ulegają one anihilacji i trzeba niezwykłego dynamizmu i „tętna uśpionych”, aby uchwycić je w odpowiednim czasie. Dlatego pierwsze litery każdego słowa w danym wersie tworzą inne słowa, często w połączeniu jeszcze bardziej bogatsze i melodyjne w znaczenia od materiału, z którego powstały. Świadczy to o ogromnym potencjalne warsztatu poetyckiego Zenona Fajfera pokazującego, że dopiero aktywny czytelnik, dzięki swym działaniom, jest w stanie wydobyć z tekstu to, co pełnowartościowe jak „ego / barw” i „inkaustu / smaki”[8]. Równocześnie każde słowo i obraz tu zawarty, bądź stworzony przez czytelnika, wydaje się być do głębi przemyślany i z góry przewidziany. Nie ma tu miejsca na przypadek. Nawet rodzące się za sprawą wyobraźni odbiorcy sensy mają swe odzwierciedlenie w (hiper)tekście, zawartym na płycie dołączonej do książki. Zenon Fajfer w taki sposób zdaje się docierać do granic tonacji języka polskiego, aż do tego stopnia, że wspiera się językami obcymi.

Autor: Przemysław K.

Zenon Fajfer „Powieki”, wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2013, s. 60

——————————–

[1] s. 22

[2] s. 23

[3] s. 24

[4] s. 33

[5] s. 38

[6] s. 35

[7] s. 40

[8] s. 20

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 28 i 33.

Reklamy
„oczami twoimi klaszcz aż spadnie zasłona”, „oko wewnątrz oka. / Za ekranem jego druga źrenica”, czyli poeta jako oko w emanacji fraktalnej liberatury