„Może to wszystko było zbyt dobre, żeby mogło trwać”, czyli w poszukiwaniu wizji przyszłości wobec apartheidu

Po opublikowaniu docenianych w Polsce „Palestyńskich wędrówek” (nominowanych do Nagrody im. R. Kapuścińskiego) i „Obcego w domu” przyszła pora na pozycję w najpełniejszy sposób oddającą realia życia w zaanektowanym kraju, czyli „Dziennika czasu okupacji” autorstwa Raji Shehadeha (ur. w 1951 roku). Popularność tego rodzaju literatury w naszym kraju ma swoje źródło zapewne w tym, że w rzeczywistości niewielu zdaje sobie sprawę z tego na czym tak naprawdę polega konflikt izraelsko-palestyński i jakie są jego konsekwencje dla zwykłych ludzi. Dużą rolę w tym odgrywają środki masowego przekazu. Także w Polsce w mediach kreuje się Izrael jako kraj pokrzywdzony, w czym znajduje się poniekąd nieco prawdy, jednak pomija się przy tym kontekst, czyli problem pomijania milczeniem istnienia Palestyny na arenie międzynarodowej. Żaden człowiek nie może przecież zaakceptować faktu stwarzania na Bliskim Wschodzie odpowiedników nazistowskich gett dla ludności arabskiej jako „jedynego sposobu na zapobieżenie powtórce z Holocaustu”[1].

Wręcz z każdej strony „Dziennika czasu okupacji” emanuje niezrozumienie wobec faktu nieuzasadnionego istnienia muru „bezpieczeństwa”, który rozdziela dwa w rzeczywistości tak bliskie sobie narody. To właśnie na kartach tej książki autor poszukuje przyczyn tej sytuacji. W jego przekonaniu wszystko to ma swe źródło w dążeniu przez rządzących, ku wykreowaniu tych mieszkających za murami, na potencjalnych terrorystów i wcielenie wszelkiego zła. Bez wątpienia tylko dialog i współczucie mogłoby stać się wyjściem z tej patowej sytuacji. Wszystkie te nadzieje zostały zaprzepaszczone po nastaniu tzw. „brytyjskiego Mandatu”, który rozerwał naturalnie wykształtowaną koegzystencję pomiędzy arabskimi i żydowskimi społecznościami. Wspomniane niezrozumienie dotyczy również faktu, że to właśnie Izrael, okupant, „kolonialna willa” i „kraj w samym środku dżungli”[2] jest immanentną częścią świata Zachodu, a nikt nie interesuje się losem Palestyny skazanej na pozostawanie w niebycie. Jako przykład na to Shehadeh przywołuje losy tureckiego statku Mavi Marmara (Flotylla Wolności) płynącego z pomocą dla mieszkańców również izolowanej Strefy Gazy. Izrael, działając bezprawnie na wodach międzynarodowych, zabił i porwał kilku pasażerów, zupełnie nie przejmując się internacjonalną presją.

Shehadeh za sprawą swoich zapisków zdaje się zadawać międzynarodowej opinii publicznej pytanie: Jak żyć w kraju, w którym nawet ubiór może wzbudzić nienawiść, niechęć, a nawet skłonić do zabójstwa? Jego pisarstwo wydaje się być zdeterminowane przez wojnę, jak sam mówi: „Pięć wojen – pięć książek”[3]. Publikując je po angielsku chce zaprezentować swoje zdanie na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, dając przy okazji rzeczywisty dowód na to, iż nic nie ma większego priorytetu w literaturze faktu jak pokazanie światu w jaki sposób tak naprawdę żyje się w okupowanym kraju w epoce propagującej idee tolerancji i pokoju. Nie chce być tutaj „gniewnym rzecznikiem”, lecz rzeczowym sprawozdawcą. Pomimo to jest pewnego rodzaju głosem swojej straconej generacji, żyjącej w ciągłym napięciu już od pierwszych dni po Nakbie. Samych Izraelczyków („naród szaleńców”) określa mianem „turystów” i „osadników”, którzy istnieją tylko dzięki uprzykrzaniu życia autochtonom. Główną rolę w tych zapiskach pełnią uważnie poszukiwane przez autora pierwiastki normalności, takie jak powrót do tradycji Święta Światła, w którym chrześcijanie i muzułmanie, otoczeni przez wyznawców wielu innych religii, pokazywali, że wzajemne zrozumienie, harmonia i pojednanie jest osiągalne na wyciągnięcie ręki.

Także w tej książce autor wspomina swego zamordowanego ojca, który całe swe życie przyporządkował „bezowocnej walce” w imię „ideałów sprawiedliwości i rozsądku”[4] zyskując w zamian tylko śmierć i brak szacunku. Choć niegdyś ze względu na niezrozumienie był do niego buntowniczo nastawiony to teraz, pod wpływem licznych doświadczeń w okupowanym kraju, stwierdza jasno i zgodnie z ojcem: „Izrael nie podejmuje żadnych wysiłków w kierunku budowania mostów, szukania pokojowego porozumienia, nauki arabskiego ani znajdowania miejsca dla siebie czy integracji – wszystko, co robi, robi siłą, posługując się językiem władzy i przemocy”[5]. W „Dzienniku czasu okupacji” mamy zatem okazję zmierzyć się z człowiekiem realnie oceniającym teraźniejszość i nie ulegającym już temu, co niegdyś podpowiadała mu młodzieńcza osobowość skłaniająca się bardziej ku dynamicznym zmianom i rewolucjom, niż trzeźwym kalkulacjom. Jedynym wprost wyartykułowanym tutaj pragnieniem jest to, aby „dobry duch”, który wielokrotnie już opuścił jego rodzinę, wrócił teraz na dobre i pomógł mu zmierzyć się z trudną przyszłością. To on jest dla niego największym darem od przodków, którzy poza tym uczynili go chorobliwie przekonanym o własnej wyższości outsiderem z pragnieniem uratowania i unieśmiertelnienia tego, co właśnie ulega zniszczeniu lub za chwilę zostanie zapomniane. I dlatego w tej książce przeczytamy na przykład o zbieraniu skamieniałych korali ze zboczy wzgórz bądź historię Aidy oraz jej Grand Hotelu, który „autentycznie zastygł w czasie”[6]. To miejsce, odgrywające niegdyś znaczną rolę w kulturalno-rozrywkowym życiu w Ramallah, dla samego autora stało się naocznym dowodem na to, że utopijna rzeczywistość ulega anihilacji, a czas dorastania, nauki i zabawy dawno się zakończył. Wobec tego najbardziej żal mu rodziców, dla których tragedia była „nieodłącznym towarzyszem życia”[7].

„Dziennik czasu okupacji” to sprzeciw wobec tych, którzy komukolwiek narzucają swoje zdanie. Shehadeh jest świadomy tego, że to propaganda jest przyczyną kreowania wśród Żydów obrazu Palestyńczyków jako narodu niecywilizowanego i nieludzkiego. W rzeczywistości to przecież Izraelczycy są najeźdźcami marginalizującymi prawa rdzennych mieszkańców, co najbardziej odczuwalne jest, gdy Arabowie zmuszeni są do skorzystania z lotnisk. To właśnie to poczucie wyobcowania i próby pozbawienia tożsamości są głównym tematem tej książki, czego kwintesencją są te słowa: „Zaakceptuj swój los – powtórzyłem. A co jest moim losem? Wieczne wstrząsy, opóźnienia, dyskryminacja, blokady, trudy, walka”[8]. Shehadeh nie jest w stanie zaakceptować faktu, że obcy naród bezmyślnie dewastuje krajobraz jego ukochanego kraju budując na unikalnych na skalę światową wzgórzach kilkaset betonowych osiedli. Z podobną intensywnością pojawia się tutaj jego awersja wobec języka hebrajskiego (zwanego też „językiem przesłuchań”), który przywołuje mu na myśl wyłącznie „nieszczęśliwe skojarzenia”.

Z tych powodów „Dziennik czasu okupacji” to książka w przeważającej mierze będąca opowieścią o władzy, przywódcach politycznych oraz nadziejach na odrodzenie. Te zapiski sporządzane na przestrzeni 2009-2011 roku są dowodem na to, że nie tylko kraje północnoafrykańskie powinny być obecnie głównym obiektem naszych zainteresowań. Palestyńczycy nadal pozbawieni są możliwości stworzenia autonomicznego bytu politycznego, wciąż są represjonowani, ograbiani i krzywdzeni, a świat przygląda się temu z przymrużeniem oka. Raja Shehadeh z próby udokumentowania niekończącego się pasma niegodziwości wyrządzanych swojemu narodowi uczynił niemożliwy do zakłócenia apel o nieuleganie stereotypom, porzucenie obojętności i urzeczywistnienie idei powszechnego pokoju.

Autor: Przemysław K.

Raja Shehadeh „Dziennik czasu okupacji”, przełożyła Anna Sak, wydawnictwo Karakter, Kraków 2014, s. 260

——————————–

[1] s. 160

[2] s. 89

[3] s. 28

[4] s. 38

[5] s. 47

[6] s. 66

[7] s. 87

[8] s. 106

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 87.

Reklamy
„Może to wszystko było zbyt dobre, żeby mogło trwać”, czyli w poszukiwaniu wizji przyszłości wobec apartheidu