„Zdejmuję ostatnią z twych twarzy i kładę na czele tych liter”, czyli pamięć jako „raptularz momentów” i pożyczonych gawęd

„Nastka, śmiej się!” to tom opowiadań Mariana Pankowskiego (1919-2011) publikowanych w „Twórczości”, „Lampie” i „Pamiętniku Literackim” od 2004 do 2011 roku. To właśnie dopiero po przeczytaniu tych tekstów można tak naprawdę zrozumieć dlaczego tego prozaika nazywa się poetą. Dzięki temu, że zebrane tutaj krótkie formy zostały ułożone w sposób chronologiczny, niezwykle wyraziście widać, jak autor z biegiem czasu środek ciężkości w swych narracjach przenosił z fabuły na słowa, z których każde generuje sens, transformuje prozę w poemat. Niekiedy na kartach tej książki przybiera to formę na tyle realną, iż przez nikogo niepowstrzymywany Pankowski, jakby nieświadomie, tekst ciągły opowiadania zamienia w pełnowymiarowy wiersz. Rzecz jasna nie jest to jedyny chwyt z jakim przyjdzie zmierzyć się czytelnikowi podczas lektury tych utworów.

I tak w tekście („Wieczór u doktorostwa B”) otwierającym zbiór, niczym nie wyróżniająca się relacja ze spotkania u znajomego lekarza w belgijskiej Ostendzie przeradza się w wizję senną, roztaczaną zarówno przed przyjaciółmi jak i przed czytelnikami, w której bohater (a być może sam autor) w szpitalnej sali decyduje się na „Podróż nr 4”, czyli oniryczną śmierć. W tym zadaniu, zakładającym „obiektywny styl i ton dyskursu”[1], pomaga mu doktor-czarnoksiężnik i pielęgniarka rodem z horroru. Aż wreszcie, po śmierci, bohater widzi jak czująca „potrzebę ostatniego dotyku”[2] zjawia się przedziwna plejada gości – osób dobrze mu znanych (jak matka) lub istot zupełnie irracjonalnych (na czele z „wysokim przystojniakiem”, który „pcha przed sobą wózek z modrzewia jak cerkiewkę znad Sanu, a w tym wózku młodzian smagły”[3]). Opowiedzenie tego snu było jednak podyktowane koniecznością wytłumaczenia swojego braku uczestnictwa w koleżeńskiej konwersacji. Rzeczywistą przyczyną było to, że profesor, „były łobuz znad Sanu”[4], był nieustannie targany na obczyźnie nostalgią za ukochaną Polską i przede wszystkim swą małą ojczyzną – Sanokiem. To kluczowe doświadczenie u Pankowskiego, imigranta konfrontującego nową i obiektywnie lepszą rzeczywistość (obcą, narzuconą) ze światem tak bardzo znanym, lecz z konieczności porzuconym i dziś już pozbawionym wad. To właśnie to jest tutaj dominantą, nawet w wizjach, które dziś określilibyśmy mianem psychodelicznych. Znajduje to swą kulminację w tekstach wydających się być owocem corocznych wizyt pisarza w rodzinnych stronach. W „U starszego brata na przyzbie” brat narratora, utalentowany wędkarz, „w try miga” stwarza „nowelkę” i snuje opowieści „o szczupaku pod kątem prostym”[5] oraz o Żydzie Wulfie, które narrator będzie mógł później powierzyć „zachodnioeuropejskim kolekcjonerom”. Drugim doświadczeniem kształtującym dla autora, obok porzucenia rodzinnych stron, było uwięzienie w kilku obozach koncentracyjnych, co również znalazło odzwierciedlenie w tych tekstach – na przykład w opowiadaniu „O siostrzanej miłości”, gdzie Pankowski wspomina Ludwisia, towarzysza obozowej niedoli. Doroczne spotkania-reminiscencje narrator ma także z przyjaciółką, Agnieszką, która jest współautorką niniejszego zbioru, gdyż opowiedziała mu o swej wędrówce przez Warszawę Podziemną lub o poszukiwaniach miłości z czasów powstańczych. Niektóre miniatury (jak „Beatus ille, qui procul negotiis…” i „Nasta, śmiej się!”) stanowią próbę unieśmiertelnienia za sprawą literatury pewnych zdarzeń i osób pozostających na granicy rzeczywistości i fantastyki, bądź młodości i dorosłości. Kwintesencją tego jest „Mój śnieg”, z ostatnim zdaniem stanowiącym podsumowanie całego życia i dorobku Mariana Pankowskiego. W niniejszym tomie czytelnik znajdzie również tekst „Daniela”, skierowany do córki autora i z tego względu niezwykle intymny, a dla odbiorcy dogłębnie wzruszający, ze względu na najbardziej poetycki charakter wyznania, za którego sprawą Pankowski zupełnie uzewnętrznił swoje uczucia.

Dlaczego zatem Marian Pankowski, choć przeżył kilkadziesiąt lat, nazywany jest „najmłodszym polskim pisarzem”? Jak najgenialniejszy pisarz młodego pokolenia potrafił słuchać opowieści tych, których miał okazję wysłuchać i co najważniejsze posiadał na tyle nowatorski i niezniekształcony zbędnym doświadczeniem życiowym warsztat pisarski, że bez problemu stwarzał na ich podstawie małe narracyjne arcydzieła o młodzieńczej perspektywie. Jak nikt inny zdolny był do stworzenia z przeżyć dnia codziennego literacką, żywiołową gadaninę gloryfikując przy tym czas przeszły, wspominając ukochany Sanok i czyniąc z niego równocześnie oazę spokoju i nadziei. Tutaj każda opowieść, bez względu na tematykę, łączona jest z rajskimi i ukochanymi przez Pankowskiego nadsańskimi krajobrazami. Pomimo to, że sam autor czynione przez siebie zabiegi nazwał „rozróbą w polszczyźnie”, tworzoną w oparciu o zasadę „niech to będzie sen, a nie jawa” [6], to jego teksty są rewolucją w naszym języku, młodym głosem wprowadzającym twórczy zamęt, dzięki któremu przyszłe pokolenia w pełniejszy sposób będą mogły wyrazić to, co czują.

Autor: Przemysław K.

Marian Pankowski „Nastka, śmiej się! Opowiadania”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013, s. 128

——————————–

[1] s. 16

[2] s. 24

[3] s. 21

[4] s.8

[5] s. 34

[6] s. 84

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron 103 i 115.

Reklamy
„Zdejmuję ostatnią z twych twarzy i kładę na czele tych liter”, czyli pamięć jako „raptularz momentów” i pożyczonych gawęd