Rytm, rym, kobieta jako „Ja”, czyli piętnowanie patologii i magia

Szymon Słomczyński (rocznik 1988) to jeden z ośmiu tak zwanych „najlepiej rokujących poetów”, laureat projektu „Połów. Poetyckie debiuty 2012”. Po opublikowaniu almanachu „Wysokie obroty” przyszła pora na książkowy debiut – „Nadjeżdża”.

Tom Słomczyńskiego to przede wszystkim próba wyrażenia własnej autonomicznej wizji świata, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy i ujmowania czasu w ramy wiersza. Pobrzmiewają jeszcze w nim echa dawnych tradycji, które nie są tu rzecz jasna celowo wyeksponowane, lecz tolerowane i w pełni akceptowane. Operowanie w jednej przestrzeni kilkoma obrazami w różnych kontekstach pozwala odbiorcy na zetknięcie się ze światem od dawna znanym, jednak za sprawą tych utworów doprowadzonym do ekstremum. Dzieje się to za sprawą niezliczonych przerzutni, które prawie w tym samym czasie pozwalają Słomczyńskiemu wykreować dwa obrazy, będące wyłącznie przedmiotem refleksji czytelnika, a nie poety. Wszechobecne aluzje pozwalają stwierdzić, że wiele z zaprezentowanych tutaj wizji aktualnych jest tylko tu i teraz, gdyż za jakiś czas staną się pozbawione punktów odniesienia, dotychczas gwarantujących zrozumienie.

„Nadjeżdża” to próba odnalezienia siebie w przestrzeni odhumanizowanej, wirtualnej, która zdaje się być poecie o wiele bliższa, od tego, co może ujrzeć za oknem. Przeważnie kończy się to poszukiwaniem celu w miejscach, w których od dawna już go nie ma: w hermetycznym akwarium dopatruje się źródła, a w obrazie Muncha szuka się ogółu, tętniącego życiem miasta. Tym samym schizofreniczne wariacje obrazów na ścianach opuszczonego szpitala stają się przewodnikiem mentalnym, za którym bohater tych wierszy podąża i szuka drugiego siebie, potrafiącego zapomnieć o chorobie umysłu. Rewolucja obyczajowa zdaniem poety jeszcze nie wybuchła, choć trwa cały czas i znęca się na przykład nad „panienką w kapeluszu”, której Kant nie może odpowiedzieć na pytanie, a Judith Butler podpowiada, że jest „konstruktem”. Esencją tego tomu są dwa wiersze będące poetycką reinterpretacją malarskich perspektyw (Edwarda Hoppera oraz Edvarda Muncha), w których widać niezwykle wyraźnie jak optyka Słomczyńskiego zbieżna jest ze spojrzeniem wirtuozów pędzla.

Nie jest to poezja chorobliwie poszukująca momentu, chwili lub celu. Skoncentrowana jest w zupełności na dążeniu do ustalenia przyczyny i znalezienia swojego miejsca w wielkiej aglomeracji. XXI-wiek jawi się tutaj jako epoka niespełnionych buntowników, pozornie czekających na wezwanie do wszczęcia rebelii. W rzeczywistości wszyscy są i będą bierni, skuszeni tym, co już zdobyte. Wiersze te przepełnione są pragnieniem o powrocie, który sąsiaduje z przekonaniem o niemożliwości jej dokonania.

Słomczyński to jeden z wielu współczesnych poetów, który przekonany jest o bezcelowości walki z polską rzeczywistością, nieustannie degenerującą wszystko dookoła. Wadliwa mentalność, nieprzystające do świata prawo oraz odwieczne poszukiwanie prawdy tam gdzie jej nie ma, doprowadza nasz kraj do niekontrolowanego rozpadu. Ciągłe stawanie się („mutowanie”) w świecie biologii sąsiaduje tu z przekonaniem, że coś więcej kryją tylko wiersze Miłosza. Polska to zatem kraj „bez tłumika”, w którym żyje się bez ograniczeń, z wszystkiego korzysta się bezpośrednio, biernie i bezmyślnie, a wszelkie konwenanse postrzegane są jako coś obcego (złego).

Autor: Przemysław K.

Szymon Słomczyński „Nadjeżdża”, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 64

Reklamy
Rytm, rym, kobieta jako „Ja”, czyli piętnowanie patologii i magia