Wschodnie „safari” lub tolkienowska wizja Mordoru na Ukrainie

„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” Ziemowita Szczerka to najbardziej wstrząsający debiut ostatnich kilku lat. Co świadczy o niemożliwej do podrobienia sile oddziaływania tej pozycji? Przede wszystkim celowo wykreowane napięcie wynikające z braku jednoznacznych deklaracji co do typu obranej konwencji. Jako, że jej autorem jest dziennikarz można by było uznać ją za reportaż, co na dodatek staje się jeszcze bardziej prawdopodobne, gdy uświadomimy sobie, że zawarte w niej opowieści w zdumiewającym stopniu zgodne są z naszymi wyobrażeniami XXI-wiecznej Ukrainy. Poza tym charakter tych czternastu tekstów wskazuje bardziej na opowiadania, które oczywiście w dużej mierze oparte są na realnych przeżyciach samego autora, który od bardzo długiego czasu zajmuje się tropieniem na wschodzie wszystkiego tego co dziwne i wręcz niemożliwe do wyobrażenia. Czytelnik dostaje zatem do rąk pełnokrwistą opowieść o „plecakowcach”, czyli podróżnikach-tułaczach chcących obcować ze skrajnym „hardkorem”. Głównym jej wątkiem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: Dlaczego Polacy tak tłumnie wyruszają na Ukrainę? Prawda, jak wszystko w tej książce, jest niestety brutalna. Trzeba przyznać, że nasz naród od zawsze odczuwał niezrozumiałą dla wielu fascynację wschodnim sąsiadem. Pociągała w nim na pewno tak zwana „posowiecka egzotyka”, która obecnie prawie przestała istnieć. Została zastąpiona przez jeszcze bardziej destrukcyjny zachodni kapitalizm. Zatem kluczowe miasta na turystycznych mapach Ukrainy stały się dla Polaków nieatrakcyjne, gdyż upodobniły się do tego z czym obcują każdego dnia u siebie. Podróże w ten rejon świata odbywane są, zdaniem autora, wyłącznie po to, aby „poczuć się lepiej” i odnaleźć „jeszcze większą kalekę od siebie”[1]. Przyrównuje je nawet do wycieczek do zoo czy też do wyjazdu na afrykańskie safari. W pewnym sensie jest to niezbyt etyczne „sycenie się tym, że inni mają gorzej”[2]. Głównym przesłaniem książki „Przyjdzie Mordor…” jest teza, aby zawsze, nawet w przypadku przebywania w niezbyt gościnnej rzeczywistości, być wiernym własnym lękom i nadziejom. Świat, jak twierdzi jeden z bohaterów, trzeba „Traktować (…) serio. Z całą powagą”[3]. Natomiast sama konkluzja jest już nadto wyraźna – za nasz stosunek do Ukrainy powinniśmy się przede wszystkim wstydzić. Ziemowit Szczerek przekazuje nam wizję Ukrainy, w której nikt nie wyobraża sobie życia bez alkoholu i używek. Choć przede wszystkim wskazuje na wszechobecny nieporządek, chaos i ogólną degrengoladę to można nazwać go „obserwatorem współczującym”. Zauważając zło postsowieckiego świata nie waha się zaznaczyć, że w kraju tym to właśnie brzydota stała się najodpowiedniejszą kategorią estetyczną. Ukraina jawi nam się na stronicach tej książki jako autonomiczne uniwersum, w którym pragnienie obcowania z tym co piękne kończy się na chorobliwym i nieudolnym ukrywaniu niedoskonałości pod grubą warstwą farby. To proza siłą rzeczy niekiedy wulgarna, lecz nieustannie dziwnym trafem prawdziwa i realna aż do bólu.

Autor: Przemysław K.

Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013, s. 224

——————————–

[1] s. 217

[2] s. 219

[3] Ibid.

Reklamy
Wschodnie „safari” lub tolkienowska wizja Mordoru na Ukrainie