Literacka wizja malarskich portretów

„Twarze” to najnowsza książka Wojciecha Karpińskiego, eseisty związanego z „Zeszytami Literackimi”, od dawna przebywającego we Francji. Pozycja ta jest osobliwą próbą rozliczenia się z przeszłością, w której swe najsilniejsze piętno odcisnęła sztuka. Autor odnotowując własne fascynacje równocześnie kreuje wielopłaszczyznowy obraz polskiego życia kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat. Trzy najważniejsze książki w jego życiu to „Dziennik” Witolda Gombrowicza, „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego oraz „Traktat poetycki” Czesława Miłosza. Swoją eseistyczno-wspomnieniową książkę rozpoczyna od Wyspiańskiego, który jest dla niego przede wszystkim autorem „Wesela”, inne jego dzieła nie wywarły na nim tak intensywnego i trwałego wrażenia obcowania z dziełem ponadprzeciętnym. Autorów pozycji mających wpływ na jego postrzeganie świata postrzega jako osoby wobec których ma zaciągnięty ogromny dług wdzięczności. Jedyną okazją do choć częściowego spłacenia go jest pisanie o nich i nieustanne przypominanie o ich dziele. Wciąż ciąży na nim świadomość, że wystawione niegdyś „rachunki” ciągle pozostają „niezamknięte”. Nadal pragnie spotykać się z Wyspiańskim, zarówno z jego „dziełem” i „osobowością”, które są dla niego nierozerwalnie związane. Planuje nawet w niedalekiej przyszłości napisać książkę „Wspomnienia z Wyspiańskiego”, aby dzięki niej wreszcie przeszłość stała się „żywa” i jak najbardziej zbliżyła się do tego co teraźniejsze i przyszłe.

Zainspirowany tekstem Clive’a Jamesa o Pawle Muratowie, który został zamieszczony w książce „Cultural Amnesia”, zwraca uwagę czytelnika na to jak dużą rolę w polskiej percepcji Włoch odgrywa pozycja pod tytułem „Obrazy Włoch” rosyjskiego autora. Także dla samego Wojciecha Karpińskiego jest to pewnego rodzaju przewodnik po niezwykle bogatym świecie włoskiego artyzmu. Poza tym autor stara się wyraźnie zaakcentować rolę tłumacza, Pawła Hertza w rozpowszechnianiu i w pewnym sensie spopularyzowaniu w Polsce tej książki. Pisze także o swojej fascynacji Nicolą Chiaromontem, która w jego przypadku jest nigdy niezakończonym odkrywaniem i „rozmową” z osobą w podobny sposób rozpatrującą relacje międzyludzkie. Jego teksty były dla autora opisywanego zbioru „szkołą widzenia”, stanowiły dla niego niezastąpioną „pomoc w odnalezieniu swobodnego głosu”[1] w czasach panowania nowomowy. Artykuły Chiaromontego są jednym z najważniejszych elementów jego „prywatnej historii wolności”[2]. Wojciech Karpiński w ten właśnie sposób poszukuje odpowiedniego języka, którym mógłby się posługiwać w „rozmowie ze światem”.

Autor zastanawia się także nad istotą motywu prometeizmu w polskiej literaturze XX wieku. Interesuje go przede wszystkim specyfika spojrzenia na mitologiczną postać Prometeusza oraz odgrywana przez nią bez wątpienia duża rola. Jest to dla niego symbol „ideału emancypacji człowieka zachodniego”[3].  Ważny jest dla niego Ruch Prometejski, mający ogromny wpływ w ówczesnym czasie na równouprawnienie ludzi zarówno pod względem duchowym i przynależności narodowej. Zajmował się on przede wszystkim zniewoleniem „narodów nierosyjskich znajdujących się pod dominacją sowiecką”[4]. Poza tym szuka śladów inspiracji Prometeuszem w dokonaniach Jerzego Giedroycia, Jerzego Stempowskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego oraz Zbigniewa Herberta. Dla nich wszystkich ta mitologiczna postać jest znakiem, który można odczytywać na wiele sposobów, jednak zawsze w zrozumieniu mitu Prometeusza największą przeszkodą staje się problem wolności jednostki w zmaganiach z totalitaryzmami. Stara się pisać o najbardziej zasłużonych postaciach polskiej kultury. Jerzego Giedroycia nazywa „kustoszem pamięci”. Nieustannie podkreśla to, że warunkiem koniecznym do zrozumienia ewenementu twórcy Instytutu Literackiego jest skupienie się nad jego stosunkiem do historii współczesnej. Następnie dokonuje opisu szczególnych interakcji pomiędzy Konstantym Jeleńskim a Jerzym Giedroyciem. Nie brak tu także analizy korespondencji obu panów jak i wpływu Jeleńskiego na paryską „Kulturę”. W niniejszym zbiorze czytelnik znajdzie również tekst wspomnieniowy o redaktorze naczelnym tego miesięcznika. Karpiński nazywa go „zwycięzcą”, człowiekiem-instytucją, współtwórcą nowego „Polskiego Odrodzenia”. Spośród tego grona wyróżnia Jerzego Stempowskiego, który zawsze z niechęcią odnosił się do „czernienia papieru” i pozostawił po sobie bardzo skromny dorobek, oczywiście tylko pod względem objętościowym. Nazywa go twórcą obdarzonym „znakomitym piórem”, potrafiącym idealnie je wykorzystać podczas pisania o „burzach Europy XX wieku”[5]. Wojciech Karpiński podkreśla konieczność zorganizowania międzynarodowej wystawy dorobku Józefa Czapskiego, o którym pisze: „moim zdaniem w XX wieku wśród piszących o sztuce nie ma sobie równych”[6]. Zaznacza także: „był (…) wybitnym malarzem na skalę europejską”[7]. Wciąż jest dla niego „niedoceniony i jako pisarz, i jako malarz”[8].

Najważniejszą częścią tej książki są eseistyczne „nekrologi”. Autor wspomina w nich na przykład Czesława Miłosza, którego dorobek postrzega jako „wielki dar” dla światowej literatury. To właśnie ten poeta nauczył go obcowania z rzeczywistością, zmagania z „przestrzenią suwerenną” oraz walki z „ideologicznymi płaskościami”[9] XX wieku. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego wspomina jako wiecznie ograniczającego się z powodu swej ambicji, skromnego twórcę literackiej wersji „Drogi” życia. Zbigniew Herbert z kolei jest dla niego przede wszystkim autorem „wierszy-amuletów”, czyli utworów bezpośrednio skierowanych do niego i pomagających mu żyć. Jednak najbardziej wnikliwe są portrety Pawła Hertza i Krzysztofa Junga. Dokonania Hertza są dla niego „kamieniami milowymi polskiej literatury”[10]. Podziwia go przede wszystkim za wybitne tłumaczenia esejów Hugona von Hofmannsthala, książki „Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość” Tołstoja i oczywiście wspomniane już tutaj „Obrazy Włoch” Pawła Muratowa. Na przestrzeni kilkunastu stron kreśli zachwycający opis znajomości z tą wybitną osobowością, relacjonuje spotkania i długie rozmowy, zwraca uwagę na to co dotychczas zapomniane i niedocenione. Najbardziej obfity materiał związany jest jednak z postacią Krzysztofa Junga, który jest notabene autorem wielu ilustracji do książek publikowanych przez „Zeszyty Literackie”. Można je podziwiać między innymi na książkach Wojciecha Karpińskiego. W „Twarzach” czytelnik odnajdzie dwuczęściowy szkic biograficzny tej niepowtarzalnej osobowości oraz listy artysty kierowane do autora. Krzysztof Jung był „uosobieniem życia”, które w całości składało się ze sztuki będącą dla niego „sposobem porozumiewania się ze światem i ze sobą”[11]. Tekst ten jest wręcz przesycony emocjami. Autor wyznaje: „Nie spotkałem nikogo o tej intensywności reagowania na świat”[12]. Zachwyca się jego pozytywną zaborczością wobec otoczenia oraz niezauważalnym odbieraniem wszystkiego w sposób totalny. W pewnym sensie kreowany jest tutaj na polskiego Vincenta van Gogha z powodu swego największego „defektu” – braku umiejętności dostosowania się i swym równoczesnym pragnieniem przestrzeni, powietrza i horyzontalnych perspektyw.

Natomiast końcowa część książki jest już typowo osobista. Składają się na nią trzy przedmowy (lub też posłowia) do wznowień trzech książek Wojciecha Karpińskiego: „Od Mochnackiego do Piłsudskiego. Sylwetki polityczne XIX wieku”, „Prywatnej historii wolności” oraz „Książek zbójeckich”.

„Twarze” to zatem literacka próba spłacenia metaforycznego długu wobec duchowych przewodników autora, którzy na przestrzeni całego życia ukształtowali jego osobowość. Jest eseistą chcącym przede wszystkim chwalić. Nie szuka usilnie w „twarzach” swych mistrzów wad, lecz stara się zauważyć to co pociągające, to za co warto i trzeba podziwiać. Zachwyca się między innymi „Dziennikiem 1950-1959” Zygmunta Mycielskiego, którego zalicza do „najważniejszych książek polskich ostatnich dziesięcioleci”[13]. Dla niego jest to dzieło pełne harmonii, bez żadnych plam i ubytków. O autorze tym pisze: „Takiego obrazu Polski nie dał nikt”[14]. Podziwia go za wolność, siłę pióra, swobodę i spontaniczność wywodu.

Wojciech Karpiński to eseista pełen uczuć. W autobiograficznych „ Twarzach” ujawnia się jako twórca rozdarty pomiędzy dawnymi, wciąż intensywnymi fascynacjami a współczesnym niechętnym dążeniem do zmian w zastanym chaosie. Wydaje się, że jego pamięć jest wręcz nieograniczona, dzięki czemu idealnie łączy życie na granicy pomiędzy sztuką a codziennością. Teksty zebrane w tym tomie mają na celu uświadomić nam prosty fakt – warto szukać przewodników, warto zaufać innym. Tylko wtedy radość z odzyskania i powtórne obcowanie z ideałami będzie możliwe.

Autor: Przemysław K.

Wojciech Karpiński „Twarze”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 240

——————————–

[1] s. 45

[2] s. 48

[3] s. 64

[4] Ibid.

[5] s. 99

[6] s. 110

[7] Ibid.

[8] s. 119

[9] s. 122

[10] s. 162

[11] s. 168

[12] s. 183

[13] s. 132

[14] s. 133

Reklamy
Literacka wizja malarskich portretów