Zakochaj się w nożowniku, naszym Pajdzie

„Małe lisy” to druga prozatorska książka Justyny Bargielskiej, niezwykłej pisarki młodego pokolenia. Jej dotychczasowym największym sukcesem była opublikowana w 2010 roku powieść „Obsoletki”. Choć na pierwszy rzut oka ta najnowsza pozycja porusza podobną tematykę, to jest jednak zdecydowanie realizacją całkowicie odmiennych zamierzeń twórczych. I w tym wypadku nie brak wątków autobiograficznych. Głównymi bohaterkami są kobiety, których świat skoncentrowany jest wokół rodziny (przede wszystkim dzieci), lecz główną osią narracyjną jest inny element, obdarzony zupełnie innymi powiązaniami semantycznymi. Całość składa się z dziesięciu rozdziałów, które prowadzone są naprzemiennie przez dwie kobiety: Magdę i Agnieszkę. Aby dokonać pełnej analizy „Małych lisów” konieczne jest rozgraniczenie tych dwóch narracji, ponieważ większość motywów w pewnych miejscach celowo się pokrywa i zaciera się tym samym wrażenie odrębności dwóch postaw zaprezentowanych za pomocą uczynienia równoprawnymi narratorkami dwóch osób. To właśnie Agnieszka rozpoczyna całą opowieść, którą kieruje do enigmatycznych „dziewczynek”. Możliwe, że za tymi „istotami” kryją się czytelniczki Justyny Bargielskiej, która poddała się już klasyfikowaniem jej twórczości jako „feministycznej”. Już na samym początku, bez ogródek, bohaterka mówi, że miała „romans z gangsterem z lasu”[1]. Jest „badaczkodziałaczką”, prowadzi kółko literackie. Jest typową kobietą XXI wieku – lubi pływać, chodzi na siłownię i uprawia fitness. Jako, że lubi świeże powietrze (pomaga jej w myśleniu) zaopiekowała się psem, aby często wychodzić na spacery. Podczas jednej z tego typu przechadzek po lesie spotyka ubranego w długi, rozpięty płaszcz, mężczyznę, który pokazuje jej szałas Pajdy, nożownika, mieszkającego tam niedawno z ciężarną konkubiną i dwójką dzieci. Następnym razem natrafiła na młodego pana, śpiewającego dziwną piosenkę, będącego prawdopodobnie wspomnianym bezdomnym. Okazuje się, że bohaterka nigdy nie była w ciąży. Miała żonatego chłopaka, z którym bardzo dużo podróżowała. Podczas wyprzedzania żółtej przyczepy przewożącej konie (przewijającej się potem nieustannie w jej koszmarach) doznali wypadku. Z tego powodu, jak wyznaje, na pewien czas „odpuściła” sobie miłość. Co ciekawe wielokrotnie spotyka Magdę, która prowadzi drugą narrację, lecz nie dochodzi do jakichś szczególnych interakcji, są to przeważnie spotkania przypadkowe, okazjonalne.

Druga narratorka natomiast opiekuje się dwójką dzieci: Klarą i Klimkiem. Mąż ostrzega ją przed kolejnymi: „Jeśli zaszłabyś jeszcze raz w ciążę, rozważałbym samobójstwo”[2], co wskazuje na możliwość, że ich związek można nazwać „toksycznym”, destrukcyjnym. Z powodu licznych próśb małżonek zgodził się na psa, dzięki któremu i ta kobieta mogła zetknąć się z Pajdą. W pewnym momencie swe całe życie podporządkowała temu nożownikowi: „Na jawie byłam bardzo dobra w dopasowywaniu momentów wolności do naszych z Pajdą terminarzy. A także w podporządkowywaniu naszemu uzgodnionemu wspólnemu terminarzowi zajęć reszty świata”[3]. Dzieci wychowuje i uczy sama w domu, chodzi z nimi do zoo, gdzie podziwiają ryby i surykatki. Jej stosunek do edukacji państwowej ujawnia się przede wszystkim podczas rozmowy z pewną panią w pociągu, która radzi jej, aby na początku upewniła się o jakości danej placówki. Reakcja Magdy w zupełności oddaje istotę jej specyficznego charakteru i obecny stan emocjonalny: „Że czy jest monitoring, że czy nie ma narkotyków, że wejść i zbadać atmosferę poszanowania ucznia. Pomyślałam, że skoro już wejdę i monitoring nikogo o tym nie zaalarmuje, grzechem byłoby jakichś narkotyków nie wnieść”[4]. Modli się dwa razy dziennie, lecz dawne wartości (przekazane jej zapewne przez rodziców) powoli odchodzą w niepamięć: „Zresztą trzeba przyznać, że w okresie Pajdy niespecjalnie mi tej hostii brakło (…)”[5]. Niepokoi się stanem swojego ducha, nie rozumie własnej psychiki. Pewnego razu mówi: „Problem w tym, że nie interesuje mnie moje zdanie (…). Właściwie to się go trochę boję (…)”[6]. Jest dziennikarką, lecz nie utożsamia się z wykonywanym zajęciem. Nie przyjmuje do wiadomości, że uzyskane w ten sposób pieniądze są w zupełności jej, są owocem jej pracy. W pewnym sensie jest przekonana, że nie robi w życiu niczego konstruktywnego, a wszystkie wykonywane czynności są absurdalne, jak sama rzeczywistość. Straszy, że pewnego dnia ucieknie dzieciom przez odpływ w wannie. Podczas jej opowieści czytelnik będzie mógł zapoznać się także z historią „tej od pomniczka”, która przekazywana jest w windzie, a przez autorkę została rozmieszczona w różnych miejscach książki. Puentą całej powieści jest jej próba samobójcza. Podaje dzieciom „magiczne pigułki” i zasypia wraz z nimi w lesie na płaszczu. W tym miejscu dochodzi do całkowitego złączenia narracji, gdyż na scenę wkracza druga bohaterka, Agnieszka.

Wbrew pozorom to Pajda jest głównym elementem tej książki. Obie bohaterki są z nim związane przede wszystkim fizycznie. Pod względem psychicznym nie rozumieją swojej zażyłości z tym człowiekiem, nie wiedzą co je tak w nim pociąga i dlaczego chcą podporządkować mu całe swe dotychczasowe życie. Jego szałas jest miejscem „spotkań”. W środku jest nawet ukryte igloo (cóż za dziwny i niepowtarzalny zabieg fabularny!) i można w nim zapalić światło. Z nieznanych względów bohaterki nie chcą mówić o swoich uczuciach, wręcz wstydzą się własnych żądz. Choć to Pajda jest najbardziej interesujący dla czytelnika to autorka celowo i z premedytacją traktuje go po macoszemu, aby pokazać jak wiele w treści książki może zmienić obrana perspektywa.

„Małe lisy” to powieść szkatułkowa, symboliczna. Przy jej lekturze każdy czytelnik zwróci uwagę, że fabuła występuje tu tylko „z przyzwyczajenia”, z zasady, o wiele ważniejsze są zawarte w niej niedopowiedzenia. Oczywiście także lapidarny, oszczędny w słowach język wskazuje na kształtujący się właśnie na oczach odbiorcy prawdziwy talent. Każdy z zawartych tutaj intersubiektywnych znaków (będących chyba tak naprawdę pułapkami) należy rozpatrywać indywidualnie, z perspektywy własnych doświadczeń czytelniczych. To proza przy której akademickie dociekania nic nie pomogą, a mogą nawet zapętlić cały wspaniale wykreowany obraz. Racjonalne techniki opisu stają się zatem przeszkodą, nie otwierają umysłu na nowe odczytania, wyłącznie stają się ewidentną próbą sklasyfikowania tego co pozostaje całkowicie poza wszelkim kategoriom.

Justyna Bargielska pokazuje, że to jedynie punkty odniesienia dają nam poczucie czasu, a żadna z naszych historii nie ma granic, są ograniczane jedynie przez naszą wyobraźnię. W niepozornej wizualnie książce kryje się prawdziwe piękno prozy, która ma przede wszystkim prowokować. Wszystko jest tutaj przewrotne, jak życie i tworzona na jego kanwie literatura. Wydaje się, że bez technik badających tożsamość płciową w literaturze (tzw. „gender studies”) „Małe lisy” nie będą dziełem pełnym, lecz w rzeczywistości są książką dla wszystkich i o wszystkich. Jeżeli o jakiejkolwiek książce można to powiedzieć, to właśnie o najnowszej pozycji Justyny Bargielskiej, pisarki poszukującej, artystki szokującej.

Autor: Przemysław K.

Justyna Bargielska „Małe lisy”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 112

——————————–

[1] s. 9

[2] s. 27

[3] s. 80

[4] s. 31-32

[5] s. 81

[6] s. 27

Reklamy
Zakochaj się w nożowniku, naszym Pajdzie