Chęć

Aż cztery lata minęły od wydania ostatniej powieści Jerzego Pilcha i zapewne jeszcze trochę przyjdzie nam czekać na następny pokaz jego twórczych dokonań. Tymczasem w nasze ręce trafia „Dziennik” z lat 2010-2011, publikowany we fragmentach w „Przekroju”. Napotykamy więc na felietony siłą rzeczy poruszające różnorakie tematy, w danym czasie interesujące większość społeczeństwa, czy też poszczególne jego grupy, jak środowisko literackie. Już na pierwszy rzut oka widać, że Jerzy Pilch nie jest obserwatorem starającym się pisać o wszystkim co dzieje się w interesujących go dziedzinach – z oczywistych względów wybiera on bowiem co pewien czas tylko jeden ich element, który następnie opisuje i komentuje w kolejnych wpisach, następujących po sobie w sposób chronologiczny. Bardzo trudno oceniać dokonywane tutaj przez autora oceny, możemy jedynie skupić się na tym jaki obraz wewnętrznego życia tego wybitnego prozaika wyłania się z tych zapisków. Na okładce widzimy bowiem poważnego, dojrzałego, prawdziwego intelektualistę-literata, który całe swe życie poświęcił literaturze. Jednak podczas lektury nietrudno zdać sobie sprawę z tego, że pisarz ten ma o wiele bardziej złożoną osobowość. Bez zbędnego skrępowania potrafi kpić, wychwalać i ganić w wieloraki sposób, często bardzo skryty, pełny aluzji, a często w pełni otwarty, wzywający do ożywczej polemiki. Zawiedzie się jednak ten, który od tego tomu będzie oczekiwał barwnych, osobistych wyznań – w tym przypadku rzadko natrafimy na takie fragmenty, jednak, jeżeli w końcu je odnajdziemy, w pełni zaspokoją nasz głód bezpośredniego obcowania z tą osobowością. Jednym z przykładów takiego uzewnętrzniania się jest ten oto cytat, pochodzący z 3 lipca 2011 roku, chyba najbardziej wyrazisty: „Nawet gdy chlanie przerodziło się w horror studzienny, radziłem sobie: wpadałem na dno flaszki na tydzień i po tygodniu wypływałem na wierzch ze zdwojonym zapałem do życia i ze zdwojonym zachwytem dla świata. Sypiałem dobrze, tak dobrze, że w pewnym sensie nie mogłem się doczekać, kiedy się obudzę i zaznam żarliwej bujności kolejnego dnia. Świeżutki jak szczygiełek wstawałem wczas, pełen werwy zabierałem się do pracy. Dla jeszcze znaczniejszego wzmożenia pisarskiej jazdy wypijałem morza mocnych jak samogon i gęstych jak wulkaniczna lawa kaw; popołudniami ruszałem na miasto. Centrum Warszawy, w którym się obracałem, zwłaszcza w upalne dni, upajało mnie narkotycznie. Pisałem książki, które osiągały wysokie, coraz wyższe nakłady; kolejni wydawcy (zmieniałem ich z nieomylną intuicją) coraz więcej mi płacili, kolejne redakcje (zmieniałem je w identycznym trybie), w których ogłaszałem felietony, podpisywały ze mną sute, gwiazdorskie kontrakty, kobiety były mi przychylne (…). Byłem wybrańcem i wiedziałem, że jestem wybrańcem. Bóg, jeśli istniał, czuwał nade mną. Wprost tego nie wypowiadałem, że mój fart jest dowodem na Jego istnienie.” (s. 364) Autor rzadko odnosi się do własnej osoby. Choć uważa się za kogoś wyjątkowego to cóż mu jednak z tej wyjątkowości jeżeli żyje w tak zepsutym kraju, pełnym psychopatów gotowych w każdej chwili wbić mu nóż w plecy? Nie waha poruszać się trudnych tematów, będąc w pełni świadomym swojej pisarskiej roli. Obserwuje świat, wytykając mu jednocześnie wiele niepotrzebnych zmian, niewprowadzających tak naprawdę niczego wartościowego. Oczekuje, aby zawsze było tak samo: „Żeby zawsze rankiem pić kawę z tej samej filiżanki, po południu w tej samej kawiarni, żeby, tak jak czyni to zdecydowana większość ludzkości, w nocy spać, w dzień pracować, żeby określoną liczbę godzin pisać, określoną czytać, żeby regularnie chodzić na spacery, do kina i na mecze, żeby początek „Faktów” o dziewiętnastej to była święta godzina, czyli początek zawsze takiego samego wieczoru, żeby – poza tym, że latem zawsze w to samo miejsce i na tak samo długo – nigdzie nie wyjeżdżać, w ogóle – błagam – żadnych podróży, też żadnych arcyważnych spotkań na mieście.” (s. 21). Od razu widać, że technika prowokacji także nie jest mu obca, swobodnie przeplata autoironię z charakterystyczną dla niego „samobójczą” szczerością. Przykład Pilcha pokazuje, że współczesny twórca musi być osobą pełną sprzeczności – dopiero wtedy staje się najbardziej wiarygodnym i zaufanym towarzyszem, co szczególnie ważne w felietonach. Warto także zwrócić uwagę, że nie jest fundamentalistą w swych refleksjach, potrafi wrócić do swych dawnych przekonań.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Pilch, „Dziennik”, wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2012, s. 464

Reklamy
Chęć