Obudzeni

Arabska wiosna – temat, który w ostatnim czasie zdominował wszystkie media informacyjne na całym świecie. Temat, który dzisiaj, wraz z powolnym ustawaniem demonstracji, powoli zaczyna odchodzić w niepamięć został nam bez ostrzeżenia przypomniany dzięki pierwszemu w Polsce zbiorowi reportaży opisującego te wydarzenia.

„Mój brat obalił dyktatora” to tom zbierający w sobie czternaście krótkich tekstów szefa działu zagranicznego i redaktora „Rzeczpospolitej”, Aleksandra Kaczorowskiego. Na pierwszy rzut oka najciekawsze (choć w tym kontekście słowo to nie powinno być raczej używane – za wszystkim o czym tutaj przeczytamy kryją się tragedie, których ogrom bardzo trudno pojąć) wydają się te traktujące o początkach tej rewolucji. Wielu zapewne zainteresuje jak to się stało, że w tak krótkim czasie proces ten ogarnął tak wiele krajów.

Jak wiemy wszystko rozpoczęło się w Tunezji, gdzie 17 grudnia 2010 roku sprzedawca uliczny warzyw i owoców, Mohamed Bouazizi, dokonał samospalenia po tym jak „Został spoliczkowany na oczach innych sprzedawców i klientów. I to przez kobietę w mundurze policyjnym” (s. 5). Jak dowiadujemy się z ostatniego tekstu, zamykającego klamrą wszystkie poprzednie, i tutaj nie wszyscy są zgodni co do takiego przebiegu wydarzeń. Policjantka bowiem, gdy wyszła z więzienia oczyszczona z zarzutów, postanowiła ujawnić swoją wersję. „Nie spoliczkowała Buaziziego, to on ją chwycił za rękę i zranił, gdy usiłowała go zmusić do opuszczenia placu, gdzie handlował [mężczyzna handlował nielegalnie, wielokrotnie musiał uciekać przed policją – przyp. mój]. Nie śmiałaby spoliczkować mężczyzny, to w konserwatywnym arabskim środowisku niemożliwe, mówiła, choć przecież tę wersję rozpowszechniały też znające realia media tunezyjskie.” (s. 156). Mężczyzna zmarł osiemnaście dni po tym jak się podpalił. Z opisu jaki przeczytamy w tej książce trudno wyobrazić sobie jego sytuację, która zmusiła go do tak drastycznego w skutkach czynu. Żył w mieście gdzie bardzo trudno było zdobyć pracę, bezrobocie wynosiło ponad trzydzieści procent, a jego podania o pracę były notorycznie ignorowane. Zarabiał około stu pięćdziesięciu dolarów miesięcznie, z których musiał utrzymać swoją rodzinę (matkę i pięcioro rodzeństwa). Wielu również poważało go za to, iż biednym rodzinom dostarczał za darmo owoce i warzywa. Wielokrotnie był prześladowany, regularnie konfiskowano jego majątek i towar przeznaczony na sprzedaż.

W drugim tekście autor porusza problem Koptów, którzy są rdzennymi potomkami dawnych Egipcjan, mieszkających na terenie Egiptu jeszcze przed najazdami muzułmańskimi. Teoretycznie ludzie ci mają te same prawa co wyznawcy islamu, jednak praktyka pokazuje, że nikt nie kryje się z ich prześladowaniem, w których główne skrzypce odgrywa Stowarzyszenie Braci Muzułmanów. Ludzie z tej organizacji deklarując wolność wyznania wszystkich obywateli jednocześnie przypominają, że według konstytucji islam jest religią państwową. „Egipt to najważniejszy kraj arabski, dumny z faraonów i jednej z najstarszych cywilizacji. To kuźnia idei świata arabskiego, stąd pochodzą i fundamentalizm, i nacjonalizm arabski. (…) To tutaj powstają filmy, oglądane przez Arabów od Kuwejtu po Maroko. Tu żył jedyny arabski laureat literackiej Nagrody Nobla Nadżib Mahfuz.” (s. 26) I tutaj ludzie postanowili sprzeciwić się władzy. 15 lutego rozpoczęły się protesty, które następnie przerodziły się w wojnę domową. A dzisiaj, po obaleniu rządzącego czterdzieści dwa lata dyktatora, władza przeżywa swoją transformację, a nam wypada tylko życzyć im jak najlepiej i w miarę możliwości pomóc.

Najbardziej jednak poruszył mnie reportaż traktujący o hymnie rewolucji libijskiej, który z czasem stał się pieśnią wolności dla wszystkich poruszonych rewolucją krajów arabskich, a Radio wolna Libia transmitowało go w przerwach pomiędzy wiadomościami z frontu. Autorem utworu „Saufa nabka huna” jest Adel El Mshaiti, który „napisał ją w 2005 roku na zakończenie studiów medycznych w Trypolisie.” (s. 39). To wspaniałe jak wielu wykształconych młodych ludzi, chcących pracować i zakładać rodziny, walczy o przyszłość swoją i swoich dzieci. Niekiedy jednak taka walka może przerodzić się w religijny fanatyzm. Jerzy Haszczyński porusza także temat Umara Faruka Abdulmutallaba, który współpracując z Al-Kaidą chciał odpalić bombę na samolocie lecącym z Amsterdamu do Detroit w Boże Narodzenie 2009 roku. Na szczęście zamiar ten się nie powiódł, a  młodzieniec 12 lutego 2012 roku został skazany na dożywocie.

Jednak najwięcej uwagi autor poświęca sytuacji w Strefie Gazy, która nie jest uważana ani za część jakiegoś kraju, ani za odrębne państwo. Obszar ten jest bardzo niewielki: ma jedynie 360 kilometrów kwadratowych, jego długość wynosi 41 kilometrów, a szerokość od 6 do 12 kilometrów. Pozostaje zależny od Autonomii Palestyńskiej i Izraela, kontrolującego przestrzeń morsko-powietrzną. W rzeczywistości jednak rzeczywistą władzę sprawuje radykalna islamska organizacja Hamas (zwana także Islamskim Ruchem Oporu) chcąca stworzyć państwo, które miałoby istnieć aż od Morza Śródziemnego po rzekę Jordan. Za swojego największego wroga uważają Izrael. I w tym przypadku Aleksander Kaczorowski nie waha się przytoczyć wypowiedzi jednego z napotkanych tam ludzi: „Z naszymi sąsiadami, zazwyczaj muzułmanami, żyjemy jak bracia. Między nami nic się nie zmieniło, ale gdzieś dalej rzadko wychodzimy. Jak już możemy, to żona zakłada na głowę chustę, której przed nastaniem Hamasu nigdy nie nosiła – opowiada gospodarz, łysawy, zgarbiony czterdziestokilkulatek. Prosi, by nie podawać nawet jego imienia. Są prawosławni. Poza nim i żoną cala jego rodzina wyjechała z Gazy na Zachodni Brzeg Jordanu. Stamtąd od palestyńskiej administracji uznawanej przez Zachód dostają pieniądze na przeżycie, bo pracę w urzędach porzucili, gdy Hamas doszedł do władzy. Rządzi niepodzielnie od ponad trzech lat, choć rządów tych nie uznają świat zachodni i jego sojusznicy.” (s. 87-88)

Z tych wszystkich wzruszających, a niekiedy przerażających reportaży, których główną osią tematyczną jest walka o wolność, wyłania się jeszcze jeden aspekt, aspekt kulturowy. Pokazuje nam to, jak obecnie skomplikowana jest sytuacja w krajach arabskich. Wiele jeszcze musi się zmienić, aby w tej cywilizacji prawa mężczyzn zostały zrównane z prawami kobiet, nieustannie uświadamianych o swojej niższości. Największym problemem jest ich ubiór. Według tradycji islamu niektóre części ciała kobiet nie mogą być widoczne dla nikogo oprócz danej osoby i jej współmałżonka –  niezakryte powinny pozostawać tylko dłonie i twarz.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Haszczyński „Mój brat obalił dyktatora”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 192

Reklamy
Obudzeni